Liczba robotów zainstalowanych w polskich zakładach przemysłowych w latach 2006-13 wzrosła dwuipółkrotnie — z 3080 do 7751. Mimo to w europejskim rankingu tzw. gęstości robotyzacji, opracowanym przez Międzynarodową Federację Robotyki, zajmujemy jedno z końcowych miejsc. W znajdujących się na czele zestawienia Niemczech liczba takich maszyn na 10 tys. zatrudnionych wynosi 282.

Wskaźnik dla Polski to 19 urządzeń. Gorzej wypadło tylko pięć państw: Grecja (13), Rumunia (7), Estonia (6), Chorwacja (4) i Rosja (2). Robotyczne inwestycje są u nas rzadsze niż w większościgospodarek UE, co może dziwić w świetle niedawnego sondażu Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową (IBnGR): zdecydowana większość ankietowanych firm produkcyjnych twierdziła, że takie wdrożenia prowadzą do poprawy konkurencyjności przedsiębiorstwa.
W spółce Darco, która wytwarza urządzenia techniki grzewczej i wentylacyjnej, fascynacja automatyką i sztuczną inteligencją na słowach się nie kończy. Firma korzysta m.in. z robota przemysłowego marki FANUC, który spawa średnio około 150 elementów na 8-godzinnej zmianie.
— Pracownik spawał dany element około 25 minut, urządzenie robi to w cztery. I — w przeciwieństwie do człowieka — pracuje non stop, nie wychodzi na przerwę. Włącza się je rano, a wieczorem wyłącza. To wszystko — mówi Piotr Kukla, kierownik działu maszyn numerycznych w firmie Darco.
Według raportu IBnGR, polscy przedsiębiorcy do robotyzacji produkcji odnoszą się przychylniej niż w 2013 r. Zmniejsza się także odsetek firm, które nie widzą potrzeby inwestowania w te maszyny. Wynika to głównie z presji, jaką wywiera konkurencyjne otoczenie rynkowe. Wprowadzaniu robotów sprzyja także względnie krótki okres zwrotu takiej inwestycji — w przypadku co trzeciego wdrożenia wynosi on od jednego do dwóch lat.