Przed polskim rządem stoi konieczność dokonania dwóch trudnych wyborów — dostawcy samolotów dla armii i inwestora dla Polskich Hut Stali. I wszyscy zadają sobie pytanie, czy lepszy jest partner z Unii Europejskiej czy Stanów Zjednoczonych. Ani w offsetowym, ani w hutniczym przetargu ofert jeszcze nie złożono, ale po wysłuchaniu mniej lub bardziej oficjalnych deklaracji wybór pada na Amerykanów. Tyle że kraje ,,piętnastki” i administracja amerykańska toczą właśnie wojnę stalową, a w jej efekcie wzajemnie zamykają granice na swoje wyroby.
Szczególną rolę w tym konflikcie odgrywa Polska. Amerykanie bowiem uznali nasz kraj za rozwijający się i wyroby stalowe znad Wisły w USA są zwolnione z ceł. Inaczej postąpiła UE, chroniąc swój rynek także przed polską stalą. I już choćby z tego powodu nie należy się dziwić, że wolimy Amerykanów. Jednak wybierając ich jako inwestorów w przemyśle stalowym, możemy narazić się na konflikt z Unią Europejską — chyba że... staniemy się oknem Wspólnoty na świat, a w tym przypadku na Amerykę. W jaki sposób? Otóż polskie huty, oprócz wsparcia w oddłużeniu i finansowaniu inwestycji, liczą także na zapewnienie przez inwestora rynku zbytu. Rodzimy— sukcesywnie tracą. Na rynek Unii trudno się wepchnąć, bo także tam moce przewyższają popyt. Jeśli po wejściu do UE nasze huty będą potrafiły konkurować z jej producentami, to dla Unii polskie firmy stalowe mogą być tylko problemem. Jeśli zaś inwestorem w PHS zostanie US Steel, to może zapewnić dostęp także na rynek USA. A wówczas polska ekspansja stalowa do krajów ,,piętnastki” może być słabsza, a to rozwiązanie — paradoksalnie — korzystne dla Brukseli.
Amerykańskie hutnictwo jest niemal równie kiepskie technologicznie jak polskie. Jeśli jednak Amerykanie wolą inwestować u nas, a nie u siebie, to raczej nie należy mieć nic przeciwko temu.