Polskie rynki hurtowe nie zdają egzaminu

Maciej Zbiejcik
opublikowano: 1999-10-12 00:00

Polskie rynki hurtowe nie zdają egzaminu

POTRZEBA ZMIANY KONCEPCJI: Trudno znaleźć inny kraj o podobnej powierzchni, w którym funkcjonowałoby tak dużo rynków hurtowych.

Już od dłuższego czasu trwa w Polsce intensywne organizowanie rynków hurtowych. Według deklaracji ich twórców, mają to być wielkie centra zajmujące się dystrybucją towarów pochodzenia rolno-spożywczego. Dodatkowo wzbogacone o działy logistyczno-dystrybucyjne, regionalne platformy dystrybucyjne czy magazyny, służby celne, fitosanitarne, weterynaryjne i standaryzacyjne — powinny zapewniać kompleksową obsługę klientów.

ZGODNIE z pierwotnymi założeniami, w kraju miało powstać ponad trzydzieści takich instytucji. Z pewnością byłby to ewenement nie tylko na skalę europejską, ale wręcz światową. Trudno bowiem znaleźć drugi taki kraj o zbliżonej powierzchni, w którym istniałoby tak dużo rynków hurtowych.

W TEJ CHWILI funkcjonuje zaledwie kilka z zaplanowanych i nic nie wskazuje na to, aby w przyszłości zwiększyła się ich liczba. Te które zostały oddane do użytku, ostatnio zwyczajnie świecą pustkami. Niełatwo dopatrzyć się na nich zarówno sprzedających, jak też kupujących.

Doskonałym tego przykładem może być Warszawski Rolno-Spożywczy Rynek Hurtowy w Broniszach. Inwestycja, która pochłonęła blisko 217 mln zł, miała zapewnić łatwy dostęp do produktów rolno-spożywczych odbiorcom zarówno krajowym, jak i zagranicznym. Jednocześnie miała gwarantować zbyt oferowanych towarów.

WŁASNE TOWARY mieli sprzedawać tam zarówno producenci, jak też hurtownicy, gotowi prowadzić sprzedaż w sektorze kwiatowym, owocowo- -warzywnym, produktów spożywczych, mięsnym i rybnym. W sumie warszawski rynek może pomieści około tysiąca różnych podmiotów.

Jeszcze przed otwarciem kierownictwo WRSRH oczekiwało, że lista zaopatrujących się na ich rynku będzie długa. Liczyli na firmy zajmujące się handlem detalicznym, różnego rodzaju gastronomią, a także przedstawicieli hipermarketów i firm zaopatrujących je.

TYMCZASEM miesiące upływają, a w Broniszach nadal nie ma zainteresowanych handlem na tamtejszym rynku. Sprzedający nie chcą handlować na WRSRH twierdząc, że opłaty związane z przyznaniem i użytkowaniem stoiska są zbyt wygórowane. Skarżą się również na brak kupujących. Trudno przecież wyobrazić sobie funkcjonowanie rynku, na którym nie ma kupców. Czyżby miało się okazać, że rynek hurtowy w tym regionie Polski nie jest nikomu potrzebny.

WARTO WIĘC już teraz zadać sobie pytanie, czy budowa kolejnych rynków hurtowych jest konieczna?

Odpowiedź wydaje się prosta. Z pewnością nie, a optymalnym rozwiązaniem byłoby raczej istnienie kilku silnych ośrodków handlu hurtowego, działających pod szyldem instytucji regionalnych. Przy obecnym natłoku różnego rodzaju jednostek zajmujących się handlem, niemal w każdym polskim mieście, dużym i małym, najbardziej zasadne wydaje się w tym wypadku ograniczenie rynków hurtowych do kilku, które zaopatrywałyby większy obszar kraju o promieniu powyżej stu kilometrów.

PRZYKŁADEM i wzorem może tu być rynek hurtowy zorganizowany w Poznaniu, który z powodzeniem działa już od kilku lat. Stanowi on źródło zaopatrzenia dla regionu całej Wielkopolski.

GŁÓWNYMI animatorami organizowania rynków hurtowych w kraju są agencje rządowe (Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa i Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa), instytucje finansowe oraz producenci z branży rolno-spożywczej. Tworzenie rynków wymaga finansowania tych inwestycji w całości lub w dużej części przez banki. Wśród nich Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju oraz Bank Światowy najaktywniej wspierały te przedsięwzięcia. Byłoby szkoda, gdyby pieniądze te po prostu się marnowały.