POLSPORT ISTNIEJE DZIĘKI EKSPORTOWI
Największy niegdyś producent sprzętu sportowego czeka na prywatyzację
KORZYŚCI Z ZAMIESZANIA: Zamierzamy wykorzystać to, że klienci kojarzą z Polsportem również te rodzaje sprzętu, których nigdy nie produkowaliśmy. Pozwoli to płynnie rozszerzyć asortyment naszych wyrobów — twierdzi Mieczysław Szczygieł, dyrektor ds. handlowych Polsportu. fot. Andrzej Wawok
Bielski Polsport, kojarzony niegdyś z większością produkowanego w kraju sprzętu sportowego, czeka na prywatyzację. Jego problemem jest to, że marka znana na rynkach zagranicznych, w kraju nie cieszy się popularnością. Najwięksi potencjalni nabywcy produkowanego w Bielsku-Białej sprzętu — szkoły i związki sportowe — nie mają pieniędzy na zakupy, a osoby prywatne wolą zaopatrywać się w wyroby zachodnich firm.
Historia Zakładów Sprzętu Sportowego Polsport w Bielsku-Białej sięga 1948 roku. Wtedy połączono firmę EL-GE Gajduszek — Fabryka Wyrobów Metalowych z Bielska-Białej z Dyrekcją Przemysłu Miejscowego w Krakowie. Mało kto pamięta, że wytwarzano tam butle na gaz propan butan i znane daleko poza granicami aluminiowe garnki turystyczne. Ale gdyby zapytać bielszczan o skojarzenia z nazwą Polsport, większość z nich odpowiedziałaby zapewne, że to narty. Prawda jest jednak taka, że nart nigdy tutaj nie produkowano.
Klienci bez pieniędzy
W ostatnich latach najlepszy był 1997 rok. Następny był bardzo zły. Ten zakończony znacznie lepszy.
— Rok 2000 musi być zdecydowanie lepszy albo firma go nie przetrwa — można usłyszeć od pracowników.
Polsport mimo nie najlepszej koniunktury nadal jest potentatem w produkcji sprzętu sportowego. Problem jednak w tym, że tradycyjni odbiorcy tych artykułów: oświata i kluby sportowe, nie mają pieniędzy.
— To jest prawdziwa kwadratura koła. Firmy i instytucje z kraju przyjeżdżają i oglądają. Mówią, że potrzebują, ale my wiemy, że nie mają pieniędzy. Czyli najlepiej byłoby zlikwidować firmę, bo przecież tak działać nie można — uważa Mieczysław Szczygieł, dyrektor ds. technicznych i handlowych Polsportu.
Przedsiębiorstwo funkcjonuje dzięki zamówieniom zagranicznym i wygrywanym regularnie przetargom na dostawę sprzętu i wyposażenia dla różnych klubów i związków sportowych.
— Bywa i tak, że zagraniczni partnerzy wybierają nasz sprzęt spośród kilkudziesięciu ofert. Podczas gdy u nas w kraju ciągle jest on niedoceniany. Czasem za granicą wygrywamy z tymi, którzy w kraju okazują się lepsi — mówi Mieczysław Szczygieł, dyrektor ds. handlowych.
Ratunek za granicą
Szwecja, Holandia, Kuwejt, Izrael to tylko niektórzy z importerów stołów do tenisa stołowego, bramek, kozłów, drabinek i skrzyń do ćwiczeń gimnastycznych. Aby wejść na tamte rynki, firma musiała sprostać ostrym wymaganiom jakościowym i terminowym.
— Nie ma mowy o spóźnieniu. Ale opłacało się. Dziś jesteśmy firmą, która nie musi przechodzić powtórnego odbioru jakościowego u zachodnich odbiorców. To jest wyraz zaufania — podkreśla dyrektor Szczygieł.
Przez wiele lat wszystko co produkowano w Polsce z myślą o sporcie i sportowcach opatrywano nazwą Polsportu. Nikt nie zastanawiał się wtedy nad pożytkami wynikającymi z przypisania nazwy jednemu konkretnemu producentowi.
— Kreowanie wizerunku, budowanie marki czy wreszcie postrzeganie firmy w środowisku było w czasach PRL-u czymś zupełnie nieznanym. W przypadku Polsportu rzecz jest o tyle skomplikowana, że pod tą samą marką produkowano na przykład aluminiowe garnki turystyczne w Bielsku-Białej i narty w Szaflarach. Teraz musimy zadbać o to, by nazwa kojarzyła się tylko z producentem z Bielska-Białej i jego ofertą — uważa Sławomir Brudny z agencji Public Relations Lapid, obsługującej Polsport i inne duże firmy na Podbeskidziu.
Będzie o tyle łatwiej, że firma jest jedynym właścicielem zarówno znaku graficznego, jak i nazwy.
— Mamy kilka pomysłów na ożywienie marki i poszerzenie oferty o produkty kojarzone z nami, których jednakże nigdy nie produkowaliśmy — dodaje Mieczysław Szczygieł.
W drodze do prywatyzacji
Ważni odbiorcy to kluby i związki sportowe. W ubiegłym roku firma wygrała przetarg na dostawę 1200 stołów do tenisa do 300 szkół. Realizowany jest też kontrakt na dostawę 50 zestawów do ćwiczeń ogólnorozwojowych dla Polskiego Związku Gimnastyki.
— Pomysłów nam nie brakuje w przeciwieństwie do kapitału. Musimy się jak najszybciej sprywatyzować. Epoka przedsiębiorstwa państwowego musi się skończyć. Bez inwestora trudno planować przyszłość. Tylko dofinansowanie pozwoli nam na utrzymanie pozycji na rynku — twierdzi dyrektor Szczygieł.
Zakończenia procesu komercjalizacji przedsiębiorstwa państwowego, jakim jest Polsport, nie należy się spodziewać wcześniej niż w połowie II półrocza 2000.
— Nie czekamy z założonymi rękoma. Zdajemy sobie doskonale sprawę, że nasza wartość zależy przede wszystkim od pozycji na rynku. Ta zaś mierzona jest realizowanymi kontraktami — zaznacza Mieczysław Szczygieł.
Szukając rentowności
Kilka lat temu Polsport produkował podwórkowe tablice do koszykówki na zamówienie PepsiCo. Teraz negocjuje z inną firmą z branży napojów chłodzących kontrakt na wyposażenie sal do gimnastyki korekcyjnej. Ale o szczegółach nikt nie chce jeszcze w firmie rozmawiać.
— Ostatnie miesiące były dobre. Pomogło ograniczenie kosztów i aktywne poszukiwanie nowych rynków zbytu — twierdzą pracownicy.
Obok sprzedaży firma zajęła się również montowaniem i serwisem swoich wyrobów.
Zmniejszono koszty administracyjne i zredukowano zatrudnienie. Ze 180 pracowników pozostało 110.