Przejrzeliśmy oświadczenia majątkowe posłów. Wcale nie po to, by szukać sensacji. Lecz, by wiedzieć, jak ludzie, których wybraliśmy, by nami rządzili, pomnażają majątek. W końcu należą do elity i powinni być przykładem dla reszty społeczeństwa. Dlatego sprawdzamy, czy parlamentarzyści są odważni i kupują akcje, czy zachowawczo trzymają pieniądze na lokatach bankowych. Chcieliśmy też pójść dalej i sprawdzić, czy zdaniem posłów lepsze perspektyw mają małe czy duże spółki, i z jakich branż. A jeśli inwestują w fundusze, to czy zgodnie z zasadami ograniczają ryzyko i inwestują w różne typy funduszy czy stawiają na jedną kartę np. funduszy akcji polskich. I tu pojawia się problem.
Posłowie w oświadczeniach wpisują, co chcą i jak chcą, mimo że mają kilkustronicowe wytyczne, jak je wypełniać. Oto kilka cytatów: „akcje, obligacje i jednostki funduszy 100 tys. zł”, „papiery wartościowe 30 tys. zł” czy „jednostki uczestnictwa 10 tys. zł”. Pytamy, w jakie akcje czy fundusze zainwestował poseł. Nazwy to jedno, ale posłowie różnie też wyceniają swe inwestycje. Jedni według ceny nabycia, inni według aktualnej wartości. Czasem podają ilość, czasem wartość. Raz rozbijają majątek na czynniki pierwsze, a raz sumują wszystko.
To nie czepianie się. Oświadczenia majątkowe mają dać obraz obywatelom, co mają parlamentarzyści. Sprawo- zdania w takiej postaci nie spełniają tej roli. Nam posłowie przygotowali ostrzejsze zasady — w rocznym zeznaniu podatkowym szczegółowo musimy relacjonować dochody. Wyobraźmy sobie, że wpisaliśmy dochody około 50 tys. zł. Wezwałby nas urząd skarbowy z pytaniem, z jakiego tytułu i poprosił o podanie kwoty co do grosza. A to takie proste — wystarczy, by w oświadczeniu posłowie musieli wypełnić trzy rubryki: nazwa, ilość, wartość. Przecież nie mają czego ukrywać — majątku dorobili się uczciwą, ciężką pracą.
Grzegorz Nawacki