Cementuje się opór wobec planów resortu finansów, który chce uszczelnić system podatkowy, ale przy okazji ograniczyć wolność gospodarczą. Najbardziej pokrzywdzona zostałaby wówczas część osób prowadzących działalność gospodarczą na własny rachunek, czyli stanowiących tzw. firmy jednoosobowe. Resort poszedł na skróty i chce najzwyczajniej zmienić definicję działalności gospodarczej dla celów podatkowych w sposób dla siebie najwygodniejszy. W założeniu ma to doprowadzić do zastopowania zjawiska zamieniania przez pracodawców miejsc pracy dla etatowych pracowników na usługi świadczone przez rzekomo zewnętrzne firmy. Taki problem rzeczywiś-cie istnieje, ale powstaje też obawa, że fiskus uderzy przy okazji w wiele tysięcy rzetelnych i uczciwych osób.
Kategorię „działalność gospodarcza osób fizycznych” stworzono kilkanaście lat temu i był to istotny postęp w poszerzaniu swobody gospodarowania. Z czasem stawało się jasne, że forma ta obarczona jest kilkoma istotnymi felerami. Przede wszystkim została wymyślona i skonstruowana prawnie dla klasycznych zawodów usługowych: ślusarza, stolarza czy mechanika. Nie przewidziano, że zechcą z niej korzystać także ci, którzy pracują głową i u których pojęcie warsztatu pracy ma nieco inne znaczenie. Po drugie, twórcom tych — powtórzmy: pozytywnych i innowacyjnych — przepisów zabrakło wyobraźni i nie ograniczyli wielkości firm nominalnie jednoosobowych. Spowodowało to, że powstały wielkie, ogólnopolskie korporacje działające na podstawie wpisu „działalności” szwagra faktycznego właściciela do rejestru w urzędzie małej gminy.
Tych błędów nikt nie próbuje naprawić, za to fiskus chce dodatkowo popsuć przepisy poprzez skomplikowanie rozliczeń podatkowych. To musi budzić sprzeciw i nic dziwnego, że zgłaszają go nawet organizacje dotąd popierające PiS.