Czytasz dzięki

Powtórka z rozrywki na Wall Street

Krzysztof Kolany
opublikowano: 22-01-2020, 22:00

Od października nowojorskie indeksy nieustraszenie prą „na północ” przy niewielkiej zmienności, bijąc rekordy wszech czasów. Przypomina to wydarzenia sprzed dwóch lat, gdy taka radosna galopada zakończyła się ostrą korektą

Od początku października S&P500 zyskał już przeszło 13 proc. Mocniej „dociążony” technologicznymi gigantami Nasdaq Composite w tym samym czasie urósł o prawie 19 proc. To bardzo ostra trajektoria wznoszenia. Rezultatami wypracowanymi przez nowojorskie indeksy w niespełna cztery miesiące niejeden inwestor nie pogardziłby w przekroju całego roku.

Wrażenie robi też spokój i konsekwencja, w jakim ceny akcji na Wall Street pną się w górę. Od ponad trzech miesięcy S&P500 nie zaliczył ani jednej sesji, podczas której straciłby przynajmniej 1 proc. Nasdaq odnotował tylko jedną. Mamy więc za sobą ponad trzy miesiące jednostajnych i niemałych już zwyżek, w wyniku których ceny akcji w Ameryce nieustannie śrubują historyczne rekordy.

To było już grane

Co w tym złego? Niby nic. Czy to coś nadzwyczajnego? Też nie do końca, bo przecież hossa na nowojorskich parkietach trwa już prawie 11 lat. W tym czasie amerykański rynek nie raz pokazywał nam, że potrafi rosnąć „jak po sznurku” i przy niskiej zmienności całymi miesiącami unikać nawet najmniejszej korekty. I oczywiście seryjnie ustanawiać przy tym rekordy wszech czasów.

Tyle że część obserwatorów rynku może odnieść wrażenie déją vu. Bo już raz coś takiego widzieliśmy i to w dodatku w tym samym miejscu kalendarza. Chodzi o wydarzenia z przełomu lat 2017/18. Dwa lata temu o tej samej porze roku mieliśmy za sobą okres, który Amerykanie zwą „goldilocks”. Czyli że wszystko było w sam raz: ani za zimno, ani za ciepło. Gospodarka pędziła pełną parą bez oznak jakiejś nadmiernej presji inflacyjnej. Zyski spółek dziarsko rosły, a miały wzrosnąć jeszcze bardziej za sprawą potężnej redukcji korporacyjnego podatku dochodowego zafundowanego przez prezydenta Donalda Trumpa.

Efekt był taki, że przez cały rok 2017 amerykańskie indeksy rosły jak na drożdżach, zyskując po 20-30 proc. A w styczniu 2018 nastąpił klasyczny „melt-up”, czyli nagły i nieoczekiwany wzrost cen klasy aktywów inwestycyjnych oderwany od fundamentów w postaci zysków generowanych przez spółki czy poprawy koniunktury gospodarczej. W samym styczniu 2018 r. Nasdaq poszedł w górę o 7,4 proc., a S&P500 o 5,6 proc.

Teraz styczniowa zwyżka jest słabsza (odpowiednio 4,6 i 3,1 proc.), ale przecież miesiąc się jeszcze nie skończył. Po drugie, podczas obecnego „melt-upu” sumaryczna skala zwyżek (licząc od października) jest nawet większa niż ta sprzed dwóch lat.

Trajektoria krachu?

Problemem dla inwestorów było dopiero to, co stało się później. W lutym 2018 r. na Wall Street doszło do ostrej korekty. W nieco ponad tydzień S&P500 zanotował spadek o prawie 12 proc. Poziomy ze stycznia odzyskał dopiero w sierpniu, po czym jesienią znów zaliczył głęboką korektę. Tym razem o 20 proc., co zakończyło się zwołaniem w trybie pilnym słynnego Plunge Protection Teamu (PPT) — czyli Prezydenckiej Grupy Roboczej ds. rynków finansowych. Po wigilijnym posiedzeniu PPT spadki ustały, a w 2019 r. S&P500 pozwolił zarobić 29 proc.

Jeśli podobieństwo obecnego zachowania rynku miałoby być zapowiedzą powtórki sprzed dwóch lat, to posiadacze amerykańskich akcji powinni rozważyć choćby częściową realizację zysków. Tym bardziej że wiele dobrych wiadomości, które rynek przez ostatnie miesiące uwzględniał w cenach akcji, w większości zdążyło się już zmaterializować.

To musisz wiedzieć dziś rano
Codzienny newsletter z najważniejszymi informacjami dla inwestorów.
ZAPISZ MNIE
×
To musisz wiedzieć dziś rano
autor: Kamil Zatoński
Wysyłany codziennie
Kamil Zatoński
Codzienny newsletter z najważniejszymi informacjami dla inwestorów.
ZAPISZ MNIE
Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Nasz telefon kontaktowy to: +48 22 333 99 99. Nasz adres e-mail to: rodo@bonnier.pl. W naszej spółce mamy powołanego Inspektora Ochrony Danych, adres korespondencyjny: ul. Ludwika Narbutta 22 lok. 23, 02-541 Warszawa, e-mail: iod@bonnier.pl. Będziemy przetwarzać Pani/a dane osobowe by wysyłać do Pani/a nasze newslettery. Podstawą prawną przetwarzania będzie wyrażona przez Panią/Pana zgoda oraz nasz „prawnie uzasadniony interes”, który mamy w tym by przedstawiać Pani/u, jako naszemu klientowi, inne nasze oferty. Jeśli to będzie konieczne byśmy mogli wykonywać nasze usługi, Pani/a dane osobowe będą mogły być przekazywane następującym grupom osób: 1) naszym pracownikom lub współpracownikom na podstawie odrębnego upoważnienia, 2) podmiotom, którym zlecimy wykonywanie czynności przetwarzania danych, 3) innym odbiorcom np. kurierom, spółkom z naszej grupy kapitałowej, urzędom skarbowym. Pani/a dane osobowe będą przetwarzane do czasu wycofania wyrażonej zgody. Ma Pani/Pan prawo do: 1) żądania dostępu do treści danych osobowych, 2) ich sprostowania, 3) usunięcia, 4) ograniczenia przetwarzania, 5) przenoszenia danych, 6) wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania oraz 7) cofnięcia zgody (w przypadku jej wcześniejszego wyrażenia) w dowolnym momencie, a także 8) wniesienia skargi do organu nadzorczego (Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych). Podanie danych osobowych warunkuje zapisanie się na newsletter. Jest dobrowolne, ale ich niepodanie wykluczy możliwość świadczenia usługi. Pani/Pana dane osobowe mogą być przetwarzane w sposób zautomatyzowany, w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie się odbywało przy wykorzystaniu adekwatnych, statystycznych procedur. Celem takiego przetwarzania będzie wyłącznie optymalizacja kierowanej do Pani/Pana oferty naszych produktów lub usług.

Po pierwsze, zgodnie z żądaniami rynku Rezerwa Federalna poluzowała politykę monetarną, trzy razy tnąc stopy procentowe i wznawiając QE.

Po drugie, doszło do deeskalacji wojny ekonomicznej między USA a Chinami, czego przejawem było niedawne podpisanie tzw. fazy pierwszej porozumienia handlowego.

I wreszcie po trzecie, bieżące dane napływające z gospodarki Stanów Zjednoczonych na razie nie potwierdzają zeszłorocznych obaw przed nadejściem recesji.

W oparach skrajnej chciwości

Nawet jeśli historia sprzed dwóch lat się nie powtórzy, to w średnim i dłuższym terminie na Wall Street mamy do czynienia z potencjalnie niebezpieczną mieszanką skrajnie wysokich wycen akcji i skrajnie optymistycznego sentymentu inwestorów.

Ten drugi czynnik dobrze ilustruje wskaźnik sporządzany przez CNN Business, który od miesiąca przekracza wartość 80 pkt. Autorzy „Fear & Greed Index” (indeksu strachu i chciwości) uważają taki odczyt za tożsamy ze stanem ekstremalnej chciwości” panującym w umysłach inwestorów. Na przełomie roku wskaźnik ten osiągnął historyczne maksimum, nieznacznie przekraczając poprzedni rekord… z jesieni 2017 r. Dla porównania, rok temu „Fear & Greed Index” wynosił 44 pkt i sygnalizował strach.

Sam optymizm — nawet tak silny — panujący na rynku nie stanowi jednak dostatecznej przesłanki ku temu, by wieszczyć korektę. Tyle że jest jeszcze drugi czynnik, który zachowuje się podobnie jak dwa lata temu.

Chodzi o wyceny akcji w relacji do zysków spółek nań przypadających. Popularny wskaźnik C/Z dla indeksu S&P500 właśnie przekroczył 25 i znalazł się na najwyższym poziomie od ponad 10 lat. W przeszłości z tak wysoką relacją cen do zysków mieliśmy do czynienia podczas kryzysu finansowego (gdy banki masowo spisywały na straty toksyczne hipoteki subprime i ich pochodne), w trakcie bańki internetowej z końcówki XX w. oraz w szczycie szalonej hossy lat dwudziestych (tj. w roku 1929).

Jeśli ktoś uważa klasyczny C/Z za wskaźnik nieoddający istoty wyceny, to może spojrzeć na popularny w branży finansowej miernik EV/EBITDA, czyli stosunek wartości przedsiębiorstwa (rozumianej jako suma wartości rynkowej akcji i zadłużenia finansowego) do zysku operacyjnego przed potrąceniem odsetek, podatków i amortyzacji. Wskaźnik ten dla indeksu S&P500 właśnie przebił maksima notowane podczas apogeum bańki internetowej, jakie miało miejsce dokładnie 20 lat temu. Na Wall Street jest więc już bardzo drogo.

Reasumując, amerykański rynek akcji zachowuje się jak w styczniu 2018 r., jest wyceniany ekstremalnie wysoko, a nastroje inwestorów są niemal rekordowo optymistyczne. Taka sytuacja nie musi skutkować nieuchronnym krachem, ale powinna wzmagać czujność i ostrożność inwestorów.

Jak inwestować na Wall Street

Gama instrumentów, za pośrednictwem których można inwestować w akcje spółek, notowanych na amerykańskich giełdach, jest bardzo szeroka. Dostęp do Wall Street umożliwiają rodzime biura maklerskie, w których można kupować akcje Apple’a, GM czy Facebooka. Swoją propozycję od niedawna ma także Revolut, który we współpracy z partnerami oferuje możliwość handlu ułamkami akcji spółek z NYSE i Nasdaqu. Kupować i sprzedawać (grać na krótko) można także poprzez certyfikaty strukturyzowane i CFD (kontrakty na różnice kursowe) na akcje i indeksy amerykańskich giełd. Na GPW notowane są również ETF, czyli pasywne fundusze, odzwierciedlające indeks S&P500.Wreszcie — rodzime TFI mają w ofercie fundusze akcji amerykańskich.

Kamil Zatoński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany

Polecane