Pozostało jeszcze dużo miejsca na nowe hotele

Marta Sieliwierstow
opublikowano: 2009-07-28 00:00

Niektórzy hotelarze niekonwencjonalnie walczą z kryzysem.

Rozmowa z Guy’em Simmonsem, dyrektorem w dziale inwestycji hotelowo- -rekreacyjnych w Colliers International.

Niektórzy hotelarze niekonwencjonalnie walczą z kryzysem.

"Puls Biznesu": Pojawia się wiele głosów mówiących, że szansą dla deweloperów jest budowanie hoteli na mistrzostwa Euro 2012, ale przecież nie można decydować się na tak kosztowne inwestycje tylko dla jednej imprezy?

Guy Simmons: Gdybyśmy nieco zmienili to pytanie na: ile hoteli trzeba zbudować tylko na mistrzostwa Euro 2012, odpowiedź brzmi: zero. Jeśli hotel ma powstać tylko po to, by zaspokoić popyt, który pojawi się w związku z rozgrywkami sportowymi, to podstawy finansowe tego projektu są bardzo kruche. Każdy hotel musi przynosić zyski, a jego budowę powinien poprzedzać biznes plan obejmujący czas dłuższy, niż najbliższe trzy lata.

W kryzysie firmy ograniczają podróże służbowe i wyjazdy integracyjne, z których wiele hoteli utrzymywało się w ciągu tygodnia. Jak to wpływa na rynek?

Po pierwsze, warto podkreślić, że w Polsce nie ucierpiał on w wyniku ostatnich zawirowań ekonomicznych tak bardzo, jak inne rynki, dużo bardziej osłabione kryzysem. To prawda, że jest wrażliwy na kurczenie się budżetów firmowych przeznaczonych na podróże, organizację konferencji i spotkań. To przecież podstawa działania hoteli i w większości przypadków klucz do ich przetrwania.

Niestabilna sytuacja rynkowa odciska jednak piętno na polityce cenowej operatorów hotelowych, którzy uciekają się do rozwiązań niestosowanych w czasach prosperity. Gdy kryzys wyraźnie się przedłuża, a rynek się spłyca, hotele, które normalnie są bardzo zdyscyplinowane jeśli chodzi o ceny, zaczynają eksperymentować ze sposobami utrzymania się na rynku lub zwiększenia w nim udziału. To często prowadzi do stosowania cen dumpingowych. Trzeba podkreślić, że dzieje się tak tylko wówczas, gdy inne metody zawodzą. W skrajnych przypadkach hotel może potem potrzebować naprawdę sporo czasu, by doprowadzić swoje stawki za pokój do poziomu sprzed kryzysu.

Wiele osób, nie tylko w Polsce, rezygnuje z wakacyjnych wyjazdów. Jak operatorzy hotelowi radzą sobie ze spadkiem liczby turystów?

Jeśli spojrzymy na wskaźnik RevPAR (przychód na każdy dostępny pokój hotelowy), to — podawany w euro — spadł dla hoteli w Polsce aż o 30 proc. w porównaniu z tym samym okresem roku ubiegłego. Te same dane w złotówkach prezentują się jednak już znacznie mniej drastycznie — RevPAR w złotych spadł tylko o 12 proc. Różnica wynika głównie ze wzrostu kursu euro. Wiele transakcji sprzedaży pokoi hotelowych zawiera się bowiem w euro poza granicami Polski.

To prawda, że wiele osób rezygnuje z wyjazdów rekreacyjnych i wakacyjnych. Często też odwołują dalekie wyjazdy, gdyż niepewna sytuacja skłania do ostrożności. I to jest bezpośredni, odczuwany przez każdego, skutek ogólnego spowolnienia w cyklu koniunkturalnym.

Warto podkreślić, że są hotele twórczo podchodzące do kryzysu. Inwestują w badania i specjalistyczne programy sprzedaży i marketingu, dzięki czemu są w stanie zaproponować wyjątkowe oferty wakacyjne. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich hoteli — niektórzy maruderzy nie odrobili pracy domowej i dziś mogą z zazdrością patrzeć na liderów, żałując, że odpowiednio wcześnie nie zabezpieczyli się przed kryzysem.

Kilka lat temu Kraków był ulubionym miastem wakacyjnych wypadów wielu obcokrajowców, choćby Anglików. Rok temu hotelarze narzekali na brak zainteresowania zagranicznych turystów tym miastem. Jak to wygląda w tym roku?

Pod koniec 2007 i przez cały 2008 r. głównymi powodami tego spadku były: kurs euro i cena paliwa. Tanie linie lotnicze zostały zmuszone do podniesienia cen biletów, a w niektórych przypadkach ograniczyły rejsy do wielu miast. Siła polskiej waluty niekorzystnie się odbiła na atrakcyjności Polski dla zagranicznych turystów, którzy zdecydowanie ograniczyli przyjazdy do Krakowa i innych polskich miejscowości. Z kolei w 2009 r. turyści zagraniczni, w tym Anglicy, szukają miejsc odpoczynku położonych bliżej ich kraju lub wybierają po prostu możliwie najtańsze opcje transportu i wypoczynku. Wiadomo, że kryzys każdego zmusza do przysłowiowego oglądania z obu stron każdej wydawanej złotówki.

Gdzie, poza Warszawą, warto budować hotele? Czy w Polsce powinny powstawać tańsze, "rodzinne", obiekty czy raczej luksusowe molochy?

Z badań prowadzonych regularnie przez Colliers International wynika, że w Polsce pozostało wiele miejsca na nowe hotele w kolejnych 10-20 latach. Dotyczy to obiektów wszystkich kategorii, także luksusowych. Oceniamy, że segmentem, który w przyszłości będzie się rozwijał najdynamiczniej jest jednak sektor economy, czyli 2- i 3-gwiazdkowych hoteli marek globalnych lub działających poza siecią, lecz zachowujących odpowiednio wysoki poziom. Takie obiekty się sprawdzą w dużych i średnich polskich miastach. Mają one rynek na co najmniej dwa hotele tego typu, zwłaszcza miasta położone blisko głównych dróg i lotnisk.