Praca wymyslona przez życie

opublikowano: 25-04-2019, 22:00

Pięć pytań do… dr n. praw. Magdalena Reshef, wykładowcy na SWPS Uniwersytecie Humanistycznospołecznym, która inwestując w drugi zawód, znalazła kolejną satysfakcjonującą ścieżkę kariery.

Jest pani lekarzem i prawnikiem. Zdobycie obu dyplomów z pewnością nie było łatwe. Co zdecydowało o takiej drodze zawodowej?

Już w szkole podstawowej wiedziałam, że zostanę lekarzem. Lata studiów medycznych utwierdziły mnie w tym przekonaniu — to był fascynujący okres w moim życiu. Potem, jak to zwykle bywa, nastąpiło zderzenie ideału z brukiem: niska pensja, walka z systemem ograniczającym dostęp do wielu badań czy zbyt drogich leków i powszechny brak poszanowania zawodu — w latach 90., kiedy zaczynałam pracę, była po prostu nadpodaż lekarzy. Poddałam się. Zaczęłam nową pracę w firmie farmaceutycznej, gdzie moja pensja wynosiła ośmiokrotnie więcej niż lekarskie wynagrodzenie. Najpierw, jak większość osób zaczynających w tej branży, byłam przedstawicielem medycznym, następnie zarządzałam zespołem, a ostatecznie najbardziej się wkręciłam w marketing.

A co tzw. satysfakcją zawodową?

To był początek rozwoju prywatnych koncernów farmaceutycznych w naszym kraju. Większość kadry w mojej firmie stanowili lekarze, którzy, tak jak ja, odeszli z zawodu. Czuliśmy się wtedy częścią tego zachodniego dobrobytu, który właśnie wkraczał do Polski. Firma zapewniała świetne szkolenia, nierzadko za granicą. Inwestowano w nas. Nic dziwnego, że byliśmy zaangażowani.

Ale w tej historii zupełnie nie widać wątków prawnych…

Po kilku latach pracy zaczęłam się starać o dziecko. Bezskutecznie. Okazało się, że jedyną szansą jest in vitro. Niestety, intensywna praca nie sprzyjała leczeniu. Odeszłam więc z firmy, by się wyciszyć, znaleźć czas dla siebie. Po kilku miesiącach zrozumiałam jednak, że wpadłam w kolejną pułapkę — w tym ogromie wolnego czasu zbyt intensywnie myślałam o zajściu w ciążę. I znów kolejne niepowodzenia. Wtedy przypomniało mi się, że wiele moich koleżanek zachodziło w ciążę na studiach lub na stażu. Pomyślałam: może znów zacznę studiować? Ale co? Po długich poszukiwaniach wybrałam prawo i rozpoczęłam studia dzienne z rocznikiem młodszym ode mnie o 15 lat. Choć byłam pilną studentką, mocno skoncentrowaną na nauce, miałam właściwie tylko jeden cel — zajść w ciążę. Początkowo nawet nie byłam zainteresowana ukończeniem studiów. Poddawałam się kolejnym zabiegom in vitro. Rok za rokiem, wciąż bez pożądanego efektu. Dopiero przy ósmym in vitro, po trzech latach studiów, zaszłam w upragnioną ciążę. Z nauki już nie potrafiłam zrezygnować, więc ukończyłam prawo jako matka bliźniąt i… rozpędziłam się — rozpoczęłam studia doktoranckie, które właśnie niedawno zakończyłam obroną rozprawy doktorskiej o prawnych granicach zapłodnienia pozaustrojowego.

Co dalej? Lekarz oblatany w przepisach czy prawnik wyspecjalizowany w medycynie?

 Doktorant jest zobligowany do prowadzenia zajęć na uczelni. Okazało się, że studenci bardzo polubili moje zajęcia, więc uczelnia zaproponowała mi prowadzenie regularnych wykładów z prawa medycznego. Koncentruję się na zagadnieniach dotyczących aborcji, transplantacji, zapłodnienia pozaustrojowego, praw pacjenta, a także na prawie farmaceutycznym. Biorę również udział w kongresach i sympozjach. Tym samym spięłam jedną klamrą całe moje doświadczenie zawodowe i życiowe. Czuję satysfakcję.

Czy legislacja w Polsce wystarczająco reguluje kwestie z tak trudnymi w naszym kraju zagadnieniami jak np. zapłodnienie pozaustrojowe?

Polskie przepisy są w miarę liberalne, choć nie zgadzam się z nimi w kilku kwestiach. Po pierwsze, uniemożliwiono dostęp do leczenia samotnym kobietom, po drugie — według naszego prawa zarodki niewykorzystane przez 20 lat w sposób automatyczny przechodzą do dawstwa, co oznacza, że naturalni dawcy nie mogą już decydować o ich dalszym losie, podczas gdy w innych krajach można nie tylko przeznaczyć je do dawstwa, ale też do badań naukowych lub po prostu zostają rozmrożone. Poza tym polskie dawstwo komórek rozrodczych i zarodków jest anonimowe, podczas gdy na całym świecie rozwija się tendencja dawstwa otwartego, nieanonimowego. Szkoda, że w naszym społeczeństwie nie prowadzi się żadnych debat na takie tematy. W przypadku in vitro czy aborcji nie ma jednej słusznej odpowiedzi, „za” albo „przeciw”. Wszystko zależy od aksjologii, którą wyznajemy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: DOROTA KACZYŃSKA

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu