Pracy może brakować, ale odpoczynku nigdy

Jacek Zalewski
opublikowano: 1999-08-12 00:00

Pracy może brakować, ale odpoczynku nigdy

FALOWANIE AKTYWNOŚCI: Dane statystyczne dotyczą jednego tygodnia, wybranego ze środkowego miesiąca każdego kwartału. Przeciętny czas pracy odzwierciedla coroczne zimowe osłabienie tempa całej gospodarki.

Od ponad roku Sejm rozpatruje dwa bardzo zbieżne projekty zmiany kodeksu pracy — autorstwa Senatu (czyli AWS) oraz grupy posłów SLD. Wygląda na to, że uchwalenie ustawy jest pewne, otwarty pozostaje jedynie termin wejścia jej w życie. Projektodawcy planowali 1 stycznia 1999 r., obecnie postulują 1 stycznia 2000 r.

PROJEKTY różnią się szczegółami, lecz opierają się na dwóch identycznych założeniach: nominalny tygodniowy wymiar czasu pracy w Polsce skrócony zostaje z 42 do 40 godzin, zaś każda sobota awansuje do roli ustawowego dnia wolnego od pracy. Dotychczas tzw. wolne soboty wliczane były do corocznej puli 39 dodatkowych dni wolnych od pracy.

SPOŁECZNE SKUTKI wprowadzenia jednolitego 40-godzinnego tygodnia pracy i stabilnego weekendu oceniane są pozytywnie. Już dzisiaj oficjalna norma 42-godzinna dotyczy tylko części pracowników. Od dawna wiele branż gospodarki wywalczyło sobie 40 godzin. Natomiast w większości firm prywatnych — w tym z kapitałem zagranicznym — wszystkie wolne soboty są oczywistością, jednak w pięć pozostałych dni obciążenie pracownika często przekracza 42 godziny.

DANE STATYSTYCZNE dowodzą, że niezależnie od normy zapisanej w kodeksie — faktyczny czas pracy pozostanie bardzo zróżnicowany. Inaczej pracują pracownicy najemni, a inaczej pracodawcy — więcej niż połowa z nich poświęca biznesowi ponad 50 godzin tygodniowo. Zróżnicowany jest czas pracy mężczyzn i kobiet, mieszkańców miast i wsi, młodszych i starszych. Najmniej obciążeni są członkowie rodzin, współpracujący przy działalności gospodarczej — poniżej 30 godzin. Poza tym wymiar pracy wielu grup zawodowych w ogóle trudno ustalić — na przykład rolników czy choćby dziennikarzy.

RZĄD popiera szybkie wprowadzenie zmiany dotyczącej sobót, natomiast skracanie czasu pracy proponuje rozłożyć na kilka lat, aby norma 40-godzinna zaczęła obowiązywać dopiero od 1 stycznia 2004 r. Jej nieuchronnym skutkiem ekonomicznym będzie obniżenie się wyniku finansowego brutto przedsiębiorstw, co oznaczać będzie niższe dochody budżetu. Możliwe są trzy warianty. Po pierwsze — poziom produkcji obniży się, ale zatrudnienie pozostanie stabilne. Po drugie — produkcja nie wzrośnie, lecz zatrudnienie tak. Po trzecie — nie wzrośnie ani produkcja, ani zatrudnienie, zwiększy się jedynie liczba nadgodzin. Dla gospodarki najbardziej odczuwalny byłby wariant pierwszy, który spowodowałby spadek PKB.

USTAWOWE skrócenie o 4,76 proc. tygodniowego czasu pracy nie wpłynie na obniżenie wysokości wynagrodzenia, wypłacanego w stałej miesięcznej wysokości. Składniki wynagrodzenia określane w inny sposób ulegną natomiast podwyższeniu w stopniu gwarantującym pracownikowi zachowanie wynagrodzenia. Znaczy to, że np. wszelkie stawki godzinowe pracodawca będzie musiał automatycznie przeliczyć, tak jak miało to dwukrotnie miejsce w przypadku ubruttowienia.

PRYWATNI PRZEDSIĘBIORCY tworzą jednolity front przeciw proponowanej nowelizacji. Zdecydowanie opowiadają się za elastycznością czasu pracy w zależności od rodzaju przedsiębiorstwa oraz gałęzi, w jakiej ono działa. Uważają, że lepsze byłoby ustawowe zagwarantowanie maksymalnego czasu pracy, natomiast pracodawca i pracownik obciążenie uzgadnialiby w umowie.

CIEKAWE, czy w polskim parlamencie jakiekolwiek szanse miałby taki przepis — jeśli w środku tygodnia przypada dzień świąteczny, to najbliższa sobota jest ustawowym dniem roboczym! A zatem na przykład w piątek i sobotę po Bożym Ciele cały kraj normalnie funkcjonuje, a nie ulega totalnej dezorganizacji. Notabene warto zwrócić uwagę, że po nowelizacji kodeksu nie będzie podstaw do uznania jakiegokolwiek piątku za dodatkowy dzień wolny od pracy, ponieważ ta kategoria zniknie z naszego prawaÉ