Prasa: Osama ben Laden mógł spekulować na światowych giełach

Wiktor Krzyżanowski
opublikowano: 2001-09-18 08:43

Współpracownicy saudyjskiego terrorysty Osamy ben Ladena, który według włądz USA stoi za wtorkowymi atakami terrorystycznymi na WTC i Pentagon, tuż przed atakiem spekulowali akcjami towarzystw ubezpieczeniowych i lotniczych - pisze Gazeta Wyborcza. W ten sposób terroryści mogli zarobić setki milionów dolarów, a nawet miliardy.

Pierwsze doniesienia o podejrzanych transakcjach pojawiły się już w piątek w Japonii. Tamtejszy odpowiednik Komisji Papierów Wartościowych i Giełd oświadczył, że bada ostatnie transakcje na giełdach w Tokio i Osace. Na wypadek, gdyby dokonywała ich któraś z rozsianych po świecie firm Ben Ladena.

W niedzielę wieczorem amerykańska stacja CNBC podała, że 11 września rano czasu amerykańskiego, tuż przed atakiem, "ktoś najprawdopodobniej związany z Osamą Ben Ladenem" robił na giełdzie zakłady, że akcje amerykańskich linii lotniczych, firm ubezpieczeniowych i hoteli wkrótce spadną.

W poniedziałek w wywiadzie dla włoskiego dziennika "La Stampa" minister obrony Włoch Antonio Martino powiedział, że można śmiało przypuszczać, iż związane z atakami organizacje terrorystyczne spekulowały wcześniej na międzynarodowych rynkach. Także w poniedziałek o wszczęciu postępowań w sprawie nietypowych transakcji na giełdach poinformowały komisje papierów wartościowych w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Szwajcarii.

Na czym mogły polegać owe "nietypowe transakcje"?

Cofnijmy się do wtorku rano, nim doszło do apokalipsy. Wartość indeksów na nowojorskiej giełdzie spadała od tygodnia. Zwłaszcza notowania linii lotniczych i ubezpieczycieli wydawały się tak niskie, że już bardziej spaść nie mogły. Dlatego analitycy spodziewali się rychłego odwrócenia tendencji na rynku i doradzali inwestorom kupno akcji. Tymczasem według CNBC tuż przed atakiem ktoś wyprzedawał masowo tzw. kontrakty terminowe, których wartość zależała od kursów akcji - właśnie - amerykańskich linii lotniczych, towarzystw ubezpieczeniowych i sieci hoteli. Ponieważ analitycy spodziewali się rychłego wzrostu notowań, nie brakowało chętnych na wyprzedawane kontrakty. Jeżeli sprzedawał je ben Ladenm, mógł zarobić w ten sposób miliony, a nawet miliardy dolarów, choć ktoś patrzący z boku mógłby go uznać za szaleńca, który zakłada się, że akcje spadną, choć wszyscy sądzą, że będzie na odwrót.

Niemiecki BaWe, odpowiednik naszej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd, zainteresował się notowaniami jednego z największych na świecie towarzystw ubezpieczeniowych - Munich Re Group. W wyniku zamachów na World Trade Center będzie ono musiało wypłacić gigantyczne, sięgające 1 mld euro odszkodowania. Nikogo nie dziwi, że akcje towarzystwa, notowane na giełdzie we Frankfurcie, w dzień zamachów straciły na wartości 15 proc. Trudno jednak wytłumaczyć to, co działo się z akcjami Munich Re na kilka dni przed atakiem terrorystów i tuż po nim: bez wyraźnej przyczyny kurs papierów towarzystwa zaczął spadać już 3 września - z 307,3 euro do zaledwie 273,3 euro 10 września, a więc dzień przed zamachami na WTC. 11 września kurs Munich Re oczywiście zleciał na łeb na szyję, 12 września osiągnął najniższy kurs od dwóch lat - 207 euro. I wtedy ktoś zaczął je skupować. Dlatego kurs szybko wzrósł - w poniedziałek wynosił już 254 euro.

Po zamachach żywiołowo obracano akcjami towarzystwa - wartość obrotów sięgnęła 12 września ponad 10 mln, a 13 września prawie 8 mln euro. Jeszcze w sierpniu obroty nie przekraczały dzienni 0,5-1,5 mln.

Inwestor, który wiedział wcześniej o ataku, mógł w ten sposób zarobić w ciągu dwóch tygodni kilkadziesiąt euro na jednej akcji niemieckiej towarzystwa. Tajemniczy gracz giełdowy skorzystał tu z dobrze znanej maklerom techniki tzw. krótkiej sprzedaży: pożyczył akcje na krótki czas, szybko je sprzedał po względnie wysokiej cenie, a po ich giełdowym krachu, odkupił za psie pieniądze. Wtedy akcje zwrócił, zysk zostawiając w kieszeni.

Cytowani przez agencję Reuters eksperci podkreślali, że aby zagrać np. na krótką sprzedaż akcjami wartymi miliard dolarów trzeba wcześniej mieć w obrocie co najmniej kilkaset milionów. - Nieoczekiwane wejście na rynek z takimi pieniędzmi, byłoby łatwe do wykrycia - mówił makler proszący o anonimowość. - Ale można sobie wyobrazić, że ktoś przygotowywał się do takich transakcji przez kilka lat i wprowadzał pieniądze na rynek małymi kwotami, ale sukcesywnie. Wtedy wyśledzenie dopadnięcia takiego inwestora - ocenia angielski makler - to jak szukanie igły w stogu siana.

www.gazeta.pl, WIK