Premier sensacją europejskiego szczytu

Mira Wszelaka
opublikowano: 2003-12-15 00:00

Gorące przywitanie i serdeczne uściski — takie przyjęcie gotują premierowi Leszkowi Millerowi szefowie unijnych państw i rządów. Z ich ust padają określenia „nasz bohater”, „wielki ocalony”.

Rozmowy ruszają w piątek o godz. 17.00. Premier Miller zapewnia o elastycznym podejściu Polski i podkreśla, że na dobry wynik spotkania czekają nasi obywatele i… przedsiębiorcy. Wszyscy, w tym szczególnie zachodnie media, czekają na konferencję prasową. Tej jednak nie przewidziano. Leszka Millera próbuje się przetransportować ukradkiem na wózku przed dziedziniec Rady UE do stanowiska polskiej telewizji. Środek transportu zdradza całą operację i tłum mediów rzuca się na wózek. Przez chwilę trwa corrida i niewiele brakuje, by staranowano premiera, który patrzy z przerażeniem na tłum. Francuscy dziennikarze, wskazując na polską delegację, komentują „patrz, to ten beton”.

W sobotę od rana pokój z parawanem, za którym w przerwach między spotkaniami Leszek Miller poddawany jest zabiegom, odwiedzają: Tony Blair, Jose Maria Aznar, Gerhard Schröder i Jacques Chirac. Strzępy wieści docierają przez zachodnie media, na bieżąco informowane przez narodowe delegacje. Podobno nie ma nowych propozycji, a Polska jest twarda. Negocjacje mogą więc potrwać nawet do niedzieli.

Nasi uparcie milczą. Na korytarz poza strefę VIP-ów co chwila wychodzi lekarz i reszta personelu medycznego. Chętnie udzielają wywiadów. Wokół nich tłoczą się dziennikarze, blokując przejście. Powtarzają do znudzenia, że premier jest zmęczony, ale wytrwa i że nie ma czasu na częstsze zabiegi. Ludzi to interesuje, jest więc z czego robić relacje. Pod marmurową ścianą nieśmiało przeciska się kilka zachodnich stacji. Po kilku ujęciach pytają o bohatera, którego właśnie uwiecznili. Nie mogą uwierzyć, że to tylko... lekarz lub masażysta. A gdzie politycy? Czy już coś wiecie? Potakujemy przecząco.

W południe zmobilizowany przez dziennikarzy Marcin Kaszuba, rzecznik rządu, opuszcza zamkniętą strefę i zwołuje konferencję prasową. Ogłasza, że każda ze stron uparcie trwa przy swoich postulatach. Przełomu zatem nie będzie. Zapewnia, iż rozmowy toczą się w przyjaznej atmosferze, ale nikt nie podejmuje tematu klauzuli rendez-vous. Wszystko ma się rozstrzygnąć o godz. 14.00 podczas obiadu roboczego.

Dziennikarze ponownie udają się na korytarz na parterze. Wychodzi minister Tadeusz Iwiński, który... dementuje informacje o fiasku. Dezorientacja. Ktoś komentuje „może to powtórka taktyki z Kopenhagi — wychodzimy i trzaskamy drzwiami, licząc że zmiękną”. Przed kafeterią Bogusław Majewski, rzecznik MSZ, tłumaczy kilku dziennikarzom, że szczyt się kończy, gdyż nie ma impulsu do budowy porozumienia i nie ma powodu, by go przeciągać. Rozmowy nadal trwają, ale tylko w jednej sprawie — jak przekazać informację o fiasku... Czekamy na konferencję. Zaczepia nas niemiecki dziennikarz — Schröder nieoficjalnie powiedział, że za taką niewdzięczność Polska zapłaci finansowo.

Po godzinie 16.00 do polskiej sali konferencyjnej niepewnym krokiem wchodzi zmęczony premier. Nawet nie próbuje się uśmiechać. Walczy z pojawiającym się grymasem. Tłumaczy spokojnie, że polska delegacja nikogo nie zaskoczyła swoim stanowiskiem i prędzej czy później musimy dogadać się z Niemcami, gdyż ani my ani oni nie możemy przenieść się w inną część świata. Fiasko nikogo nie cieszy, ale przecież nic wielkiego się nie dzieje — jutro wstaje normalny dzień. Tuż po konferencji ku zaskoczeniu zgromadzonych pofrunęły ulotki PiS o poparciu dla postawy rządu. Ktoś krzyknął „opozycja czuwa nawet w Brukseli!”.