W epoce V Republiki kohabitacja zaistniała w okresie 1986-93, gdy socjalistyczny prezydent François Mitterrand musiał współdziałać z gaullistowskim premierem Jacquesem Chirakiem. Drugi raz zdarzyło się tak w latach 1997-2002, gdy karta się odwróciła i to prezydent Chirac układał się z socjalistycznym premierem Lionelem Jospinem. W obu wypadkach centrowo-lewicowej konstrukcji władzy w państwie nie układała jednak skrajna prawica, teraz zaś będzie jedną ze stron.
Emmanuel Macron w rozstrzygających dogrywkach prezydenckich dwukrotnie wygrywał właśnie z Marine Le Pen. Za pierwszym razem w 2017 r. procentowo wyszło 66,10 do 33,90, zaś w 2022 r. reelekcję wywalczył z wynikiem istotnie spłaszczonym – 58,54 do 41,46. Ciekawe, że jego wyniki w pierwszej turze eliminacyjnej ewoluowały odwrotnie – jako kandydat początkujący uzyskał 24,01 proc, natomiast jako prezydent walczący o reelekcję otrzymał 27,84.
Po fatalnym wyniku jego partii w wyborach do Parlamentu Europejskiego prezydent zachował się irracjonalnie. Naprawdę trudno pojąć, czemu zdecydował się na użycie politycznej opcji atomowej i natychmiastowe rozwiązanie parlamentu krajowego. Uznał, że tylko w taki sposób może powstrzymać rozwarcie francuskich nożyc społeczno-politycznych, które z jednej strony silnie brzękały w stronę prawicy, ale z drugiej również ku jednoczącej się dość gwałtownie z konieczności lewicy. Centrowy Emmanuel Macron znalazł się daleko od tnących ostrzy i poniósł klęskę.
Francuska jednomandatowa ordynacja większościowa jest specyficzna. W minioną niedzielę tylko 75, czyli niewielka część zwycięzców okręgów uzyskała ponad 50 proc. ważnych głosów i już zdobyła mandaty w 577-osobowym Zgromadzeniu Narodowym, wśród nich m.in. Marine Le Pen. 7 lipca odbędzie się rozstrzygająca druga tura, w której wystartuje w każdym z 502 okręgów jeszcze nierozstrzygniętych po 2-4 kandydatów. Liczba rywalizujących jest ogromnie ważna, ponieważ jeśli pozostanie kilku – niemal pewny jest mandat dla Zjednoczenia Narodowego, natomiast jeśli w grze pozostanie tylko para – niekoniecznie. Lewica już zadeklarowała taktyczne wycofanie swoich kandydatów wszędzie tam, gdzie 30 czerwca lepszy wynik osiągnął delegat Emmanuela Macrona – natomiast w odwrotną stronę taka deklaracja jakoś urzędującemu prezydentowi przez usta nie przeszła… W każdym razie decyzje o starcie czy rezygnacji muszą zostać podjęte we wtorek.
Dopiero po drugiej turze będzie wiadomo, czy partia Marine Le Pen zdobędzie samodzielną większość. Zgromadzenie Narodowe jest 577-osobowe, zatem próg 289 mandatów może być nieosiągalny. Projekcja wyników z pierwszej tury na końcowe daje spory rozrzut 230-280 miejsc. Bez względu na szczegóły arytmetyki Francja może jednak wpłynąć na nieznane wody i krajem przynajmniej częściowo będą rządzili politycy, którzy zasłynęli sympatyzując z Władimirem Putinem, przysięgali rozerwać Unię Europejską, wypowiedzieć wojnę migracjom oraz opuścić Organizację Traktatu Północnoatlantyckiego – nie jedynie struktury wojskowe, lecz całkowicie. Chociaż Marine Le Pen złagodziła niektóre ze swoich ostrzejszych stanowisk, pozostaje głęboko sceptyczna wobec głównego nurtu szeroko rozumianego Zachodu. Zwycięstwo w obecnych wyborach dałoby jej potężny impuls do zdobycia wreszcie w 2027 r. upragnionej prezydentury Francji.
