Prezydent przegrał na własne życzenie

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-07-01 20:00

Emmanuel Macron prezydentem Republiki Francuskiej planowo będzie aż do maja 2027 r., jego druga kadencja dopiero w listopadzie 2024 r. dojdzie do połowy. Wyniki niedzielnej pierwszej tury wyborów do Zgromadzenia Narodowego wskazują zatem, że Francję czekają trzy lata nie kolejnej ucywilizowanej kohabitacji (współdzielenia gmachów władzy przez przeciwstawne opcje polityczne), lecz ostrego konfliktu i permanentnego kryzysu.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

W epoce V Republiki kohabitacja zaistniała w okresie 1986-93, gdy socjalistyczny prezydent François Mitterrand musiał współdziałać z gaullistowskim premierem Jacquesem Chirakiem. Drugi raz zdarzyło się tak w latach 1997-2002, gdy karta się odwróciła i to prezydent Chirac układał się z socjalistycznym premierem Lionelem Jospinem. W obu wypadkach centrowo-lewicowej konstrukcji władzy w państwie nie układała jednak skrajna prawica, teraz zaś będzie jedną ze stron.

Emmanuel Macron w rozstrzygających dogrywkach prezydenckich dwukrotnie wygrywał właśnie z Marine Le Pen. Za pierwszym razem w 2017 r. procentowo wyszło 66,10 do 33,90, zaś w 2022 r. reelekcję wywalczył z wynikiem istotnie spłaszczonym – 58,54 do 41,46. Ciekawe, że jego wyniki w pierwszej turze eliminacyjnej ewoluowały odwrotnie – jako kandydat początkujący uzyskał 24,01 proc, natomiast jako prezydent walczący o reelekcję otrzymał 27,84.

Po fatalnym wyniku jego partii w wyborach do Parlamentu Europejskiego prezydent zachował się irracjonalnie. Naprawdę trudno pojąć, czemu zdecydował się na użycie politycznej opcji atomowej i natychmiastowe rozwiązanie parlamentu krajowego. Uznał, że tylko w taki sposób może powstrzymać rozwarcie francuskich nożyc społeczno-politycznych, które z jednej strony silnie brzękały w stronę prawicy, ale z drugiej również ku jednoczącej się dość gwałtownie z konieczności lewicy. Centrowy Emmanuel Macron znalazł się daleko od tnących ostrzy i poniósł klęskę.

Francuska jednomandatowa ordynacja większościowa jest specyficzna. W minioną niedzielę tylko 75, czyli niewielka część zwycięzców okręgów uzyskała ponad 50 proc. ważnych głosów i już zdobyła mandaty w 577-osobowym Zgromadzeniu Narodowym, wśród nich m.in. Marine Le Pen. 7 lipca odbędzie się rozstrzygająca druga tura, w której wystartuje w każdym z 502 okręgów jeszcze nierozstrzygniętych po 2-4 kandydatów. Liczba rywalizujących jest ogromnie ważna, ponieważ jeśli pozostanie kilku – niemal pewny jest mandat dla Zjednoczenia Narodowego, natomiast jeśli w grze pozostanie tylko para – niekoniecznie. Lewica już zadeklarowała taktyczne wycofanie swoich kandydatów wszędzie tam, gdzie 30 czerwca lepszy wynik osiągnął delegat Emmanuela Macrona – natomiast w odwrotną stronę taka deklaracja jakoś urzędującemu prezydentowi przez usta nie przeszła… W każdym razie decyzje o starcie czy rezygnacji muszą zostać podjęte we wtorek.

Dopiero po drugiej turze będzie wiadomo, czy partia Marine Le Pen zdobędzie samodzielną większość. Zgromadzenie Narodowe jest 577-osobowe, zatem próg 289 mandatów może być nieosiągalny. Projekcja wyników z pierwszej tury na końcowe daje spory rozrzut 230-280 miejsc. Bez względu na szczegóły arytmetyki Francja może jednak wpłynąć na nieznane wody i krajem przynajmniej częściowo będą rządzili politycy, którzy zasłynęli sympatyzując z Władimirem Putinem, przysięgali rozerwać Unię Europejską, wypowiedzieć wojnę migracjom oraz opuścić Organizację Traktatu Północnoatlantyckiego – nie jedynie struktury wojskowe, lecz całkowicie. Chociaż Marine Le Pen złagodziła niektóre ze swoich ostrzejszych stanowisk, pozostaje głęboko sceptyczna wobec głównego nurtu szeroko rozumianego Zachodu. Zwycięstwo w obecnych wyborach dałoby jej potężny impuls do zdobycia wreszcie w 2027 r. upragnionej prezydentury Francji.