Prezydenta nie da się sprywatyzować

Jacek Zalewski
opublikowano: 2008-10-16 00:00

Pierwszy dzień standardowego szczytu Rady Europejskiej w Brukseli zawsze ma charakter rozpoznawczy. Konkluzje przyjmowane są dopiero drugiego dnia, a oznajmiane na konferencji prasowej państwa sprawującego przewodnictwo oraz na jednoczesnych konferencjach 26 pozostałych delegacji.

Dla Polski obecny szczyt upamiętni się bezprecedensową rozgrywką między prezydentem Lechem Kaczyńskim a premierem Donaldem Tuskiem, kładącą się cieniem na wątkach merytorycznych. Delegacja rządowa poleciała do Brukseli już we wtorek wieczorem, aby przechwycić wszystkie nici, a w szczególności trzy tzw. PIN-y dla premiera oraz ministrów Radosława Sikorskiego i Jacka Rostowskiego. Przeprowadziła również akcję politycznego "sprywatyzowania" osoby prezydenta, z zaskoczenia zawłaszczając wojskowy samolot. Głowie państwa, lecącej w środę z konieczności cywilnym czarterem, nie towarzyszył nikt z protokołu dyplomatycznego MSZ. Również opierająca się na danych rządowych broszurka ze składem delegacji obecnych na szczycie nie uwzględnia Lecha Kaczyńskiego.

Obóz prezydencki wykonał jednak udany kontratak, wysyłając do Brukseli również wcześniej kancelaryjnych ministrów Michała Kamińskiego i Mariusza Handzlika, którzy załatwili czwarty PIN dla prezydenta oraz identyfikatory dla jego ludzi. Efekt był taki, że "osoba prywatna" zajechała w przewidzianym dla szefów delegacji trybie do gmachu UE i wkroczyła na salę obrad, zajmując jeden z dwóch przynależnych Polsce foteli przy głównym stole. Wyluzowany Lech Kaczyński wylewnie przywitał się w Nicolasem Sarkozym.

Bezpośrednio po rozpoczęciu się szczytu konferencję prasową zorganizowali rozżaleni ministrowie Sikorski i Rostowski. Zarzucili głowie państwa egoizm, przez który rozsypał się plan udziału delegacji rządowej w szczycie. Miejsce obok premiera mieli rotacyjnie zajmować oni obaj, w zależności od tematu danej części obrad. Jako dżentelmeni z angielskim sznytem uszanowali jednak pierwszeństwo prezydenta i ruszyli w kuluary. Na szczęście mają w Brukseli zajęcie — szefowie dyplomacji zjedli odrębną kolację, a korpus ministrów finansów zajmuje pozycję taką jak Rostowski i ma czas na spotkania nieoficjalne.

Wychodzi zatem, że w polsko-polskiej wojnie zwycięstwo w kategoriach prestiżowych odniósł prezydent, który może powtórzyć za Juliuszem Cezarem "Veni, vidi, vici". Pierwsze dwa człony są oczywiste — przybył i zobaczył. Jednak co do zwycięstwa? Osobiście uważam, że to raczej rząd przegrał starcie, które sam bezmyślnie rozkręcił. Niezależnie od tego, kto na kogo głosował w 2005 r. i co myśli — teza, iż urzędujący prezydent RP jest osobą prywatną, kompromituje jej autorów.

Żeby zachować sprawiedliwość, wypada jednak docenić osiągnięcie premiera Tuska, który był siłą sprawczą wspólnego stanowiska premierów ośmiu państw naszego regionu (miało być dziewięć, ale Czechy się zdystansowały) w sprawie pakietu klimatyczno-energetycznego. Chodzi o to, aby obciążenia były sprawiedliwe i uwzględniały poziom rozwoju oraz strukturę energetyczną państw na dorobku. Zobaczymy, ile z tego ważnego stanowiska znajdzie się w końcowych konkluzjach Rady Europejskiej.

Jacek Zalewski