Problematyczna długość rekrutacji

Kamil Kosiński
opublikowano: 2006-10-06 00:00

Polska firma bez problemu może świadczyć usługi dla międzynarodowego koncernu.

Pochodzenie head-huntera nie jest bowiem miernikiem jakości jego usług.

W zasadzie to firmy headhunterskie prowadzą poszukiwania pracowników. Czasami jednak same muszą poddać się procesowi selekcji. I tak, na początku 2006 r. Kompania Piwowarska (właściciel m.in. takich marek jak Lech i Tyskie) postanowiła kompleksowo podejść do współpracy z firmami headhunterskimi i zbadać, kto rzeczywiście jest najlepszy na rynku. Rozesłała specjalne ankiety do 150 agencji. Odpowiedziało 50, z których na rozmowy zaproszono 30. Producent piwa podpisał umowy ramowe z kilkoma i tym samym wciągnął je na listę preferowanych dostawców. Planuje dobrać jeszcze 3-4, które zapewnią nabór w najtrudniejszych geograficznie lokalizacjach.

— Pomysł na selekcję firm wziął się stąd, że procesy rekrutacyjne zaczęły się nam bardzo wydłużać. Jeszcze 2-3 lata temu wystarczyły 2-3 miesiące i mieliśmy odpowiedniego kandydata. W części przypadków trzeba było do tego doliczyć okres wypowiedzenia w jego poprzednim miejscu pracy. Ostatnio obserwujemy, że w przypadku poszukiwań kandydatów spełniająych szczególnie wysokie wymagania, projekty rekrutacji trwają 6-9 miesięcy — wyjaśnia Aleksandra Dzięciołowska-Piątek, kierownik ds. strategicznych zasobów ludzkich w Kompanii Piwowarskiej.

Czas i rozliczenia

Przedłużające się okresy oczekiwania na znalezienie właściwych kandydatów to jednak nie tylko przypadek Kompanii Piwowarskiej. Skarży się na to coraz więcej firm korzystających z usług łowców głów.

— Trudno znaleźć agencję, która proces rekrutacji przeprowadzi szybko. Zapotrzebowanie na pracowników trzeba zgłaszać przynajmniej kilka miesięcy, a nawet pół roku, wcześniej. Jest to prawie niewykonalne. W tak dynamicznej sytuacji, w jakiej znajduje się Orlen, trudno z takim wyprzedzeniem przewidzieć wszystkie rekrutacje — jedynie część wynika bowiem z planu sukcesji — mówi Wojciech Lorenc, dyrektor wykonawczy ds. kadr w PKN Orlen.

Jego zdaniem, współpraca z agencjami rekrutacyjnymi układa się obecnie raczej dobrze. Ale Orlen też całkiem niedawno zrobił swoiste postępowanie rekrutacyjne dla tych firm. Jeszcze 1,5 roku temu zastrzeżenia koncernu budziły bowiem rozliczenia finansowe z head-hunterami.

— Wiadomo, że do agencji head-hunterskich sami zgłaszają się ludzie chcący zmienić pracę. Czasami trudno więc dojść, która z przedstawianych nam propozycji jest efektem poszukiwania kandydata przez agencję rekrutacyjną, a która bazuje tylko na zaprezentowaniu zgłoszonej oferty. I nie chodzi o to, że drugi kandydat będzie gorszy. Problemem jest to, za co agencja bierze pieniądze. Bo w umowach są wpisane metody poszukiwawcze, wpływające na ceny usług. Jeżeli zaś agencja z nich nie korzysta, nie wykonuje tej pracy — to nie powinna pobierać za to wynagrodzenia — uważa Wojciech Lorenc.

PKN Orlen współpracuje z kilkoma agencjami rekrutacyjnymi. To norma, niezależnie od branży.

— Jeśli w określonym czasie jedna agencja prowadzi dla nas np. trzy projekty, to aby nie tracić na jakości, czwarty wolimy zlecić komuś innemu — przyznaje Monika Antepowicz z polskiego oddziału Siemensa.

— Firmy rekrutacyjne specjalizują się nie tylko w poszukiwaniu kandydatów na określone szczeble zarządzania, ale też w konkretnych branżach. W związku z tym wolimy współpracować z kilkoma firmami, bo każda z nich dysponuje znajomością innych nisz rynkowych — zaznacza Joanna Mazur, dyrektor ds. zarządzania zasobami w Computerlandzie.

Zazwyczaj, za pośrednictwem wyspecjalizowanych firm poszukuje się kandydatów na średnie i wyższe szczeble kierownicze. Dość często tą drogą próbuje się też znaleźć osoby na stanowiska niezbyt wysokie w strukturze organizacji, ale wymagające bardzo specjalistycznej wiedzy o charakterze eksperckim. Popularne jest też poszukiwanie przez head-hunterów asystentek dla najwyższej kadry kierowniczej.

Rodowód bez znaczenia

Nie ma reguły co do tego, czy lepiej kooperować z dużą agencją międzynarodową czy małą lokalną firmą o polskim rodowodzie. PKN Orlen — a więc firma typowo polska — postawił wyłącznie na agencje zagraniczne.

— To nie było kryterium wyboru. Podjęlismy współpracę z firmami, które przedstawiły najlepsze referencje i oferty. Tak się złożyło, że były to agencje sieciowe — zapewnia Wojciech Lorenc.

Z kolei polski oddział międzynarodowego koncernu Siemens postawił na firmy polskie.

— Z dużymi firmami sieciowymi współpracujemy rzadko. W ostatnim roku najwięcej rekrutacji zrobiliśmy z osobami, które zdobyły doświadczenie w dużych agencjach i posiadając odpowiednie kompetencje zdecydowały sie na prowadzenie własnych firm rekrutacyjnych z bardziej zindywidualizowanym podejściem do klienta — ujawnia Dorota Adamowicz, konsultant ds. personalnych w polskim oddziale Siemensa.

— Współpraca z firmą rekrutacyjną to tylko w połowie współpraca z przedsiębiorstwem. W połowie — z konkretnym człowiekiem — podsumowuje Aleksandra Dzięciołowska-Piątek.