Rynek ubezpieczeń na życie przeżywa trudny okres. Dynamika sprzedaży spada, a klienci rezygnują z ubezpieczeń. Szefowie towarzystw nie tracą jednak nadziei, choć dalecy są od optymizmu sprzed kilku lat.
Wyniki finansowe towarzystw życiowych w pierwszej połowie roku pokazują, że dynamika wzrostu sektora spadła do około 5 proc. Jeszcze niedawno wynosiła ona kilkadziesiąt procent rocznie i mało kto wierzył, że w krótkim czasie spadnie choćby do dziesięciu. Przedstawiciele branży coraz śmielej mówią o kryzysie, a w firmach trwają zmiany mające pozwolić na przetrwanie.
Reformy dotknęły w pierwszym rzędzie sieci sprzedaży. Na naszym rynku niemal wszystkie polisy na życie sprzedawane są przez agentów i to oni pierwsi tracą na kryzysie. Towarzystwa zmieniają zasady naliczania prowizji, likwidują nierentowne oddziały, zmniejszają liczbę samych agentów. Pośrednicy znaleźli się w kleszczach. Pracodawca wymaga więcej, mniej płaci, a coraz biedniejszy klient wybrzydza, zamyka drzwi przed nosem i często rezygnuje z wykupionych polis.
W zgodnej opinii ekspertów, przyczyną masowych rezygnacji z oszczędnościowych polis na życie jest — obok trudnej sytuacji finansowej społeczeństwa — ich cena i jakość. Polisy z funduszem okazały się bardzo drogie, a ich potencjał inwestycyjny skurczył się wprost proporcjonalnie do kondycji rynku kapitałowego. W rezultacie rynek oczekuje na coraz tańsze i przejrzyste produkty. Towarzystwa starają się je wprowadzać — choć nieraz jest to trudniejsze niż obcięcie prowizji agentom — lecz na efekty trzeba będzie jeszcze poczekać.
Spadek sprzedaży pokazał również, że towarzystwa to bardzo kostyczne organizacje. W rezultacie obniżanie niekiedy bardzo wysokich kosztów administracyjnych, a także najskuteczniejsza ku temu droga — poprzez informatyzację — okazały się wyboiste. Informatyzacja przebiega opornie, koszty są horendalne, a przykład idzie od rynkowego potentata — grupy PZU — której wydatki na ciągle tworzący się i tymczasowy system można liczyć w setkach milionów złotych.