Prowincja jest tylko w głowach ludzi

Katarzyna Żelazek
opublikowano: 2004-09-06 00:00

Pierwszy na prowincji czy drugi w Rzymie? To pytanie nurtuje coraz więcej studentów. Łapią okazję, wyjeżdżają, zarabiają i... tęsknią.

— Gdańsk nie jest prowincją. Prowincja jest tylko w głowach ludzi. Tu jest wielki potencjał, tylko trzeba chcieć i umieć go wykorzystać — obrusza się Hubert Grzymała.

Rok temu ukończył studia (finanse i bankowość) na Uniwersytecie Gdańskim (UG), dziś pracuje w dużej firmie finansowej. Osiągnął sukces. Ma poczucie, że się rozwija — po roku pracy kupił mieszkanie.

— Może Gdańsk nie jest prowincją, ale żadne inne miasto w Polsce nie daje takich możliwości, jak stolica — mówi zaś Barbara Lenarcik, specjalista ds. marketingu, od 10 już lat pracująca w Warszawie.

Co różni tych dwoje? Hubert pochodzi z Łomży i przyjechał do Gdańska na studia. Basia Lenarcik urodziła się w Gdańsku, ale już w trakcie studiów przeniosła się do stolicy — dla pracy. Gdańsk to nie prowincja, Warszawa — nie Rzym.

Lepszy świat

Natalia Wiśniowska, studentka ostatniego roku zarządzania na UG, zaobserwowała wśród swoich rówieśników silną potrzebę szukania pracy „gdzieś dalej”. Nic w tym dziwnego. Jej wydział nazywamy jest „fabryką bezrobotnych”. Na roku Natalii studiuje 300 osób. Wszyscy pracy w Trójmieście nie znajdą.

— Jedni chcą wyjechać i szukać szczęścia gdzie indziej, a inni twierdzą, że trochę popracują i tu wrócą. Ludzie wierzą, że tam, gdzie ich nie ma, jest lepiej, łatwiej… — zamyśla się Natalia Wiśniowska.

— Nie wierzę, że tam gdzieś praca leży na ulicy, ludzie są mili, żyje się bez kłopotów — nie ma złudzeń Katarzyna Gruszecka, studentka ostatniego roku prawa na UG.

Przyznaje jednak, że wśród jej rówieśników panuje moda na wyjeżdżanie. Wyjeżdżają, bo inni to robią. A Katarzyna wróciła właśnie z miesięcznego stażu w Kancelarii Prezydenta RP.

— Kiedy tam jechałam, obawiałam się, że odczuję, iż jestem z „prowincji”. Tak się jednak nie stało. Nie zachłysnęłam się Warszawą — opowiada Katarzyna Gruszecka.

Katarzynę jednak trudno nazwać średniakiem. Ma szanse, aby być „pierwszą”. Ukończyła Liceum Jezuitów w Gdyni. Poziom nauczania? Z jej klasy na studia za pierwszym podejściem nie dostała się tylko jedna osoba.

Od drugiego roku studiów pracuje, choćby przy projektach kulturalnych. W kwietniu tego roku wygrała — wygłaszając procesowe mowy końcowe do wylosowanych kazusów — VIII Ogólnopolski Konkurs Krasomówczy, kilkuetapowy konkurs dla studentów wyższych lat prawa. I mogłaby się już dziś utrzymać — jest lektorem i tłumaczem języka angielskiego. Uczy wyłącznie tzw. klientów korporacyjnych, czyli grupy z koncernów, albo indywidualnie — prezesów.

— Uczę w Gdańsku, ale w warszawskiej firmie i za warszawskie pieniądze. Jeżeli jednak miałabym przenieść się do stolicy, aby dostać tyle samo, powiedziałbym: nie — zapewnia Katarzyna Gruszecka.

— Czynnik ekonomiczny nie jest dla mnie aż tak istotny, abym skazała samą siebie na katorgę zwaną Warszawa. Nie lubię tego miasta — wtóruje Natalia Wiśniowska.

Tutaj jest ładniej

Natalia Wiśniowska mieszka w Sopocie — małym mieście — i nie chce go opuścić. To oczywiście po części żart, bo czterdziestotysięczny Sopot otulają Gdańsk i Gdynia.

— To jest moje miejsce na ziemi. Kocham Sopot. Jestem człowiekiem głodnym kontaktu z ludźmi, źle bym się czuła w anonimowym mieście, gdzie ludzie pędzą niewiadomo dokąd, a kobiety odkładają macierzyństwo na późną trzydziestkę. Tutaj chciałabym pracować — przyznaje Natalia Wiśniowska.

I całe szczęście dla miasta — Natalia w roku akademickim 2002/03 była najlepszą studentką UG.

A jednak ci, którzy wyjeżdżają z małych miast na studia do większych aglomeracji, rzadko potem wracają do rodzinnych domów.

— Z sześciu moich przyjaciółek ze szkoły podstawowej, tylko dwie zostały w domu. Jedna znalazła pracę na miejscu, druga dojeżdża do Poznania — opowiada Judyta Aniśko z dziesięciotysięcznego Witkowa, oddalonego od Gniezna o 16 km, od Poznania o 60.

Judyta w ubiegłym roku ukończyła Akademię Medyczną w Bydgoszczy. Wybrała Bydgoszcz, bo tam mieszkała już jej siostra — poznała w trakcie studiów bydgoszczanina i została. „Na stałe” siostry Judyty nie trwało długo — za pracą przeniosła się do Warszawy. Judyta po studiach wybrała Gdańsk na miejsce stażu, a później — życia.

— Wszędzie są problemy z pracą, a tu jest ładniej niż gdzie indziej — tłumaczy. No i miejscowy narzeczony…

Zupa czy bilet

Natalia Wiśniowska nie wątpi, że Sopotowi grozi odpływ kadr.

— Miasto kojarzy się z miejscem, gdzie ludzie mają letnie domy, przyjeżdżają wypoczywać aktorzy, a młodzi nie mogą znaleźć atrakcyjnej pracy. A ja wierzę, że znajdę tu pracę, która da mi satysfakcję — mówi Natalia.

— Zaczynałam pracę w Gdańsku, w jednej z największych firm doradczych na świecie, przy projekcie, o którym wiadomo było, że się skończy. I gdy nadszedł ten moment, firma zaproponowała mi przejście do Warszawy. To była dobra propozycja — mówi Barbara Lenarcik, gdańszczanka-warszawianka z dziesięcioletnim stażem.

Małgorzata Harasimiuk wyemigrowała do stolicy, ale ma plan.

— Wiem, że wrócę do Gdańska, tutaj czeka na mnie rodzinna firma i tu chcę założyć własną rodzinę. Myślę, że to dobry plan. Wrócę i stworzę nowe stanowiska pracy — mówi zdecydowanie.

Małgorzata pracowała już w czasie studiów. Ukończyła ekonomię na UG i dwa kierunki podyplomowe. Pojechała do Warszawy za pracą, której — jest pewna — w Gdańsku nigdy by nie dostała. To program rozwoju kadr menedżerskich w grupie ING.

— Młodzi spoza Warszawy muszą pracować dużo ciężej niż miejscowi. Nie mają oparcia w rodzinie, muszą wynająć mieszkanie. Nim zaczną lepiej zarabiać, często stają przed wyborem: kupić jedzenie czy bilet do domu? — nie ma wątpliwości Małgorzata Harasimiuk.

Tęsknię ogromnie

— Warszawa daje większe możliwości niż Gdańsk. Tu wciąż pokutuje przekonanie, że młodym ludziom nie powierza się odpowiedzialnych zadań — twierdzi Małgorzata Harasimiuk.

Jej zdaniem, mimo atrakcyjnej pracy, nie sposób zapomnieć o równowadze między życiem zawodowym a prywatnym.

— Nie będę już pracować po dwadzieścia godzin na dobę. Teraz ważniejsza jest dla mnie rodzina — twierdzi Basia Lenarcik.

— Nie wyobrażam sobie życia w warszawskim tempie, gdy będę już żoną i matką — przyznaje Małgorzata Harasimiuk.

I tęsknota, której nie da się wycenić. Coś, co, jak mówią gdańszczanie na emigracji, ich łączy.

— Tęsknię ogromnie, tutaj zostali moi najbliżsi. W Gdańsku naprawdę wypoczywam. Otwieram okno i słyszę, jak bije dzwon w kościele mariackim. Robię dwa kroki i jestem na Długim Targu. Tutaj żyje się wolniej i przyjaźniej — opowiada Barbara Lenarcik.

O powrocie jednak nie ma, przynajmniej na razie, mowy.

— Chyba że zmieni się rynek i z mężem znajdziemy pracę w Gdańsku. Nie zastanawiałabym się. A może wrócę dopiero na emeryturę, kupimy mały domek z ogródkiem — Basia się rozmarza.

— Gdybym miał gdzieś się przenieść, to tylko do innego, dużego miasta. Tylko one zapewniają rozwój, awans i ciągłe wyzwania —przekonuje Hubert Grzymała.