Miałem lat 17 w roku wybuchu wojny, mogę więc odpowiedzieć na podstawie własnych doświadczeń: miliony mieszkańców naszych miast uratował prymitywizm ówczesnej techniki w życiu codziennym. Niemal wszystkie domy ogrzewano piecami kaflowymi, takie też były kuchenne. W razie braku węgla można było palić w nich byle czym. Domy z centralnym ogrzewaniem należały do rzadkości, zresztą miały własne piece; system komunalny nie istniał. Nie było wielkich blokowisk, a cztero-, pięciopiętrowy gmach uchodził niemal za drapacz chmur. Dostawy prądu i gazu uzupełniały małe, lokalne elektrownie i gazownie. Oświetlało się mieszkania mdłymi, śmierdzącymi karbidówkami. Lodówki i pralki znano chyba ze słyszenia. Odbiorniki radiowe — fakt, było ich w Polsce przedwojennej sporo — Niemcy skonfiskowali w pierwszych miesiącach okupacji. Za to dużo się czytało, wieczory zaś wypełniały rozmowy, dyskusje, zwykłe zabawy towarzyskie — wszystko w cieniu śmierci.
Tramwaje, choć niewiarygodnie przeładowane, zapewniały jednak jaką taką komunikację miejską; bogaczom służyły riksze. Pociągi kursowały dzięki lokomotywom parowym. Nieliczne samochody, zwłaszcza ciężarowe, miały napęd gazowy. I tak się żyło — z dnia na dzień, w biedzie, głodzie i chłodzie, w poczuciu ciągłego zagrożenia. Ale minimum potrzeb udawało się przez pięć lat wojny jakoś za-pewniać.
Przywykliśmy obecnie do wygód technicznych. Nie mówię o komputerach i telewizorach, o internecie i komórkach, o mikrofalówkach, nikt bowiem ponad pół wieku temu nie potrafiłby sobie nawet wyobrazić, że kiedyś takie cuda staną się powszechnymi przedmiotami codziennego użytku. Myślę raczej o centralnym ogrzewaniu, windach, pralkach. I elektrycznej trakcji naszych pociągów. I o liczbie samochodów. Dramatyzm niedawnego, wywołanego przez siły natury, szczecińskiego kryzysu winien nam ostro uświadomić, jak łatwo nas pozbawić bezpieczeństwa dnia codziennego. W ciągu minuty nasz świat normalny przestaje istnieć. Nie ma prądu, a więc też światła, gasną telewizory, nie działają komputery, radia, połączenia internetowe, po pewnym czasie także komórki — jak je bowiem doładować? Stają nie tylko windy, ale też pociągi. Nie pracują stacje benzynowe, gdzie więc tankować? Szybko stygną kaloryfery. Można listę owych bolesnych uciążliwości przedłużać. Ciemność, pustka, bezradność.
Dlaczego tak rzadko wysnuwa się z wydarzenia szczecińskiego ogólniejsze wnioski i ostrzeżenia? Czyżbyśmy podświadomie lękali się myśli, jakby wyglądało nasze życie, gdyby stan odcięcia od źródeł energii miał trwać dłużej? Jakim sposobem można by ogrzewać mieszkania w blokach, które nawet nie mają odpowiedniej wentylacji dla wstawienia piecyków? Jak przygotowywać posiłki w domach i restauracjach? Skąd brać wodę, skoro nie działają przepompownie? Jak poruszać się po mieście, w którym nie kursują tramwaje, jak z niego wyjechać bez paliwa do samochodu? O tych utrapieniach, jakie dotknęły mieszkańców Szczecina nagle i brutalnie, rozpisywano się szeroko. Ale i bezpośrednio doświadczeni awarią, i obserwatorzy byli przekonani, że to przykre, lecz krótkotrwałe uciążliwości. Działają odpowiednie służby, usunięcie przyczyn to kwestia może doby. Podobne sytuacje, i to na większą skalę, zdarzały się już w wielkich metropoliach Europy i Ameryki. I muszą się zdarzać, skoro nasze życie codzienne wisi na jednym drucie, zależy od jednego kabla.
A gdyby ów stan był skutkiem nie przypadkowej awarii, lecz przemyślanej wojennej akcji lub terrorystycznego ataku? Jak długo można by znieść życie w warunkach paraliżu wszelkich urządzeń niezbędnych do podtrzymania egzystencji? Można się obejść bez radia, internetu, nawet bez komórki — jak jednak bez ogrzewania, ciepłych posiłków, wody? W razie wybuchu wojny nie trzeba dziś masowych bombardowań aglomeracji miejskich i zakładów energetycznych. Wystarczy kilka celnych uderzeń tylko w główne przewody i nośniki energii… Na szczęście — jeśli wolno tak powiedzieć — taki los może spotkać każde miasto w każdym kraju rozwiniętym technicznie. Wet za wet — obie walczące strony mogą łatwo sparaliżować na długo normalne życie ośrodków miejskich. To jest hamulcem.
Przed wiekami miasta otaczały się potężnymi murami. Budowano ogromne cysterny, głębokie studnie, duże magazyny — na wypadek długiego oblężenia. Walki pod Troją, głoszą mity, trwały lat 10, nie znano bowiem machin oblężniczych. W świecie greckim tego typu skuteczne machiny pojawiły się w jakieś siedem wieków po tej mitycznej wojnie! I tak trwa bez przerwy wyścig doskonalenia z jednej strony sposobów obrony, z drugiej zaś — skutecznego ataku; jak w całym świecie istot żywych od miliardów lat. Jaki jednak znajdziemy sposób ochrony tego, co dla współczesnego życia miejskiego najistotniejsze? Jak osłonimy linie wysokiego napięcia? Kto wynajdzie niezawodną tarczę ochronną? Czy te antyrakietowe rzeczywiście spełnią swoją rolę przy tak wielkiej liczbie celów możliwego ataku? Powrót do pieców kaflowych i parowozów nie wydaje się możliwy. A modne kominki nie wszędzie da się zainstalować.
Chociaż… Odcięcie na czas jakiś od telewizji, radia, internetu miałoby pewne skutki zbawienne — dla czytelnictwa i interesujących rozmów. Wydaje się bowiem, że czym mniej techniki, tym bardziej jesteśmy ludzcy. Tyle że cena powrotu do „normalności” jest już zbyt wysoka. Przynajmniej tak wydaje się nam, mieszkańcom krajów wysokiej techniki. Banalne: staliśmy się jej niewolnikami. Owinięci drutami i kablami, stale pod czujnym okiem kamer... Jakoś nam z tym dobrze. l
