Przedszkolne wsparcie potrzebne na starcie

opublikowano: 30-05-2019, 22:00

Przyzakładowe przedszkola mogą zrewolucjonizować zawodowe życie wielu pracowników. Brakuje jednak skutecznych zachęt do ich tworzenia — mówi Karina Trafna, prezes Kids & Co, operatora przedszkoli

„Puls Biznesu”: Łatwo jest być profesjonalnym rodzicem?

Karina Trafna: Patrzę na to z perspektywy firmy, która chce pomóc przedsiębiorcom we wsparciu pracowników w bardzo ważnej roli, czyli w byciu rodzicem. To jest zawsze duży stres dla pracownika. Tymczasem w związku z tym, że na rynku pracy mamy rynek pracownika, obserwujemy dość duży wysyp różnego rodzaju profitów. Pracodawcy prześcigają się w tym, oferując coraz więcej egzotycznych ciekawostek dla młodych ludzi. Prawda jest jednak taka, że ci młodzi ludzie prędzej czy później stają się rodzicami i wtedy dopada ich stres. Pojawia się mnóstwo dylematów, np. jak połączyć rolę ambitnego, zaangażowanego, chcącego się rozwijać pracownika i jednocześnie dobrego rodzica.

Takie przedszkola to usługa premium wymagająca z waszej strony edukacji pracodawców czy wręcz przeciwnie — nie możecie opędzić się od klientów mierzących się z realiami rynku pracownika oraz wymaganiami pokolenia Z?

Dużo zależy od pracodawcy, bo to od jego wsparcia zależy, ile finalnie przedszkole przyzakładowe kosztuje pracownika. Nasze przedszkola i oddziały żłobkowe kosztują od „małych” kilkuset złotych do 700-800 zł miesięcznie w zależności od partycypacji pracodawcy. Natomiast co do przedszkoli, które otwieramy w biurowcu nie na wyłączność dla danej firmy, lecz dla każdego, kto pracuje w okolicy, to patrząc na rynek warszawski, jesteśmy nieco powyżej środka stawki. Zainteresowanie jest istotnie większe w ostatnim czasie, bo też rynkowa świadomość rośnie. Wcześniej produkt „przedszkole” odbierany był jako trudny, z bardzo dużą odpowiedzialnością dla pracodawcy. Dzisiaj, mając już na rynku takich operatorów jak np. my, pracodawca właściwie może kupić sobie takie przedszkole, tak jak pakiet medyczny dla pracowników.

A chce?

Takich pracodawców, którzy chcą, jest bardzo wielu, są to jednak długie rozmowy. Chodzi nie tylko o kwestię budżetu. Cały proces trzeba dobrze zaplanować. Nie ma sensu na przykład otwierać placówki przedszkolnej w miejscu, w którym firma będzie jeszcze tylko przez trzy lata. Czasem to są plany rozwojowe związane ze skokowym zatrudnianiem pracowników, czasem z restrukturyzacją. Średnio nasze rozmowy z pracodawcami trwają około roku, może nawet nieco dłużej. Nawet jeśli pracodawca jasno deklaruje potrzebę otwarcia placówki, to mamy w swoim portfelu przedszkola przyzakładowe, które powstały dopiero po 3-4 latach od podjęcia decyzji. Nie jest to więc szybki proces. Czasem totalną blokadą jest brak odpowiedniego budynku w okolicy.

Czy w pani ocenie państwo pomaga rodzicom w łączeniu ról zawodowych i rodzicielskich?

Rozpoczynaliśmy na całego naszą działalność w momencie, w którym w Polsce zmieniło się prawo. Pojawiły się realne zachęty dla pracodawców planujących otwierać przyzakładowe przedszkola. Jesteśmy też placówkami dotowanymi — w momencie, w którym rejestrujemy przedszkole, pobieramy dotacje na każde dziecko, co jest istotnym elementem w budżecie i — nie ukrywam — jednym z ważniejszych elementów mających wpływ na pozytywną decyzję pracodawcy. To, czego brakuje w Polsce, to realne wsparcie na uruchamianie takich placówek. To mogłoby zrewolucjonizować ten rynek, a miejsc w przedszkolach i żłobkach brakuje.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Paweł Sołtys

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu