Przedunijny czyściec

Jacek Zalewski
17-05-2005, 00:00

Dla statystycznego Polaka informacja, że należymy do Rady Europy (RE) — może być taką samą rewelacją, jak dla Molierowskiego pana Jourdain odkrycie, iż mówi prozą. A już pytanie o datę przystąpienia Polski (26 listopada 1991 r.) byłoby w teleturnieju wręcz zabójcze.

Zawiązana 7 sierpnia 1949 r. RE jest najstarszą z europejskich wspólnot. Przez czterdzieści lat była jednak elitarnym klubem Zachodu, uważanym w obozie realnego socjalizmu za ideową nadbudówkę NATO. W związku z tym jej użyteczność dla przemian na kontynencie okazała się mniejsza, niż istniejącej od roku 1975 Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE), przekształconej później w Organizację Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE). Od roku 1990 RE zaczęła otwierać się na nowe demokracje, a nawet na państwa dalekie od demokracji. W naturalny sposób stała się poczekalnią, czy raczej czyśćcem dla kolejnych chętnych do wstąpienia do niebiańskiej Unii Europejskiej (UE). Notabene — tuż po przystąpieniu Polski, 4 lutego 1992 r., prezydent Lech Wałęsa właśnie na forum RE w Strasburgu gorzko wygarnął: „To wy, ludzie Zachodu, zarobiliście na polskiej rewolucji”. Upłynęło 13 lat, Polska jest już pełnoprawnym członkiem UE, a tamta teza nie straciła na aktualności...

Głęboki kompleks Rady Europy wobec Unii Europejskiej widoczny jest zarówno na co dzień w Strasburgu, jak i podczas świątecznego spotkania w Warszawie. Zaczyna się już od symboliki — dwanaście złotych gwiazd w okręgu jest chronionym znakiem UE, dlatego RE musi używać jakiegoś graficznego mutanta, z wykorzystaniem tych samych gwiazd i kolorów. Odbywający się co kilka miesięcy unijny szczyt to Rada Europejska, ale w mediach czasami mylnie zwany jest Radą Europy (ba, istnieje także Rada UE...). I wreszcie najważniejsze — fundamentalny dokument zatytułowany został Konstytucją dla Europy, a nie dla Unii! Wszystko to razem prowadzi do wniosku, że sprecyzowanie relacji między UE a RE, a zwłaszcza między RE a OBWE, przypomina badanie zawartości cukru w cukrze.

Pierwszego dnia obrad pod namiotem na dziedzińcu Zamku Królewskiego nieśmiało przebijała się prawda, że najwyższy czas na zracjonalizowanie Rady Europy, żeby nie użyć złowieszczego terminu likwidacja... Absolutnie pilne i konieczne jest stopienie się RE (46 państw członkowskich, budżet centrali blisko 200 mln euro) z OBWE (55 państw, 120 mln euro), albowiem chwalebne idee obu konkurujących organizacji w znacznym procencie pozostają makulaturą. No tak, ale musiałaby zniknąć któraś z ich siedzib (Pałac Europy w Strasburgu kontra wiedeński gmach OBWE), ciepłe posadki utraciłyby setki eurokratów, odchudziłby się kalendarz szczytów i konferencji...

Drugim koniecznym krokiem jest rozgraniczenie kompetencji UE i następczyni RE/OBWE. Od czasu przekszałcenia się EWG w UE wspólnota ekonomiczna systematycznie ewoluuje. Znaczna część unijnego acquis communautaire (dorobku prawnego) poświęcona jest właśnie prawom człowieka, ideom, kulturze, ostatnio dochodzą wątki bezpieczeństwa i współpracy wojskowej. Właśnie architekturze europejskich organizacji poświęcony będzie drugi dzień warszawskiego szczytu. Pozostajemy w nadziei, iż jego konkretne ustalenia nie okażą się zbiorem pustym.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Przedunijny czyściec