Przedurlopowy poradnik walutowy

opublikowano: 05-06-2016, 22:00

Tysiące Polaków jadą za granicę ze złotową kartą w portfelu.

Trochę to dziwne, że w kraju, w którym dziecko już wie, co to jest spread walutowy i że kupno waluty w banku powinno być brane pod uwagę tylko w sytuacji zagrożenia życia, wciąż tysiące Polaków jadą za granicę ze złotową kartą w portfelu. Część z nich pewnie dała się nabrać na marketingowy chwyt banków, oferujących darmowe wypłaty z bankomatów za granicą. Jak jest za darmo, to warto kartę brać. Otóż nie jest. W czasach, kiedy pojawiają się już opłaty za przelewy internetowe, warto zadać sobie pytanie, skąd taka hojność instytucji finansowych. Ano stąd, że na zagranicę przypada niewiele ponad 1 proc. całej gotówki wypłacanej przez użytkowników kart. Koszty wypłat dla sektora są żadne. A korzyści spore, ponieważ każdą transakcję bankomatową można przeliczyć po własnym, wysokim, kursie. W przypadku płatności kartą w terminalu POS dodatkowo do ściągnięcia z klienta jest jeszcze prowizja.

Opłat można uniknąć, zabierając w podróż kartę walutową, która powinna stanowić zresztą obowiązkowy element wyposażenia każdego podróżnika. W bankach jest ich pod dostatkiem, bo praktycznie każda większa instytucja (z dużych wszystkie) ma w ofercie rachunek walutowy, do którego można zamówić kartę. Tylko znowu — sporo w tym marketingu, podczas gdy faktyczna użyteczność plastiku jest niewielka, a jeśli już trafimy na produkt wartościowy, to trzeba za niego słono płacić. Najlepszym przykładem jest świetna karta wielowalutowa Pekao — jedna do nawet pięciu rachunków w GBP, EUR, USD, CHF i PLN. To inteligentne narzędzie płatnicze samo rozpoznaje, z jakiego konta pobrać pieniądze, po numerze terminalu płatniczego, w jakim systemie walutowym teraz chcemy płacić.

Problem w tym, że za konta walutowe trzeba zapłacić miesięcznie: 1,10 USD; 0,99 EUR; 1,39 CHF; 0,69 GBP. Drogo. Podobnie jest w PKO BP, gdzie konto walutowe kosztuje 6,9 zł. W Citi Handlowym kartę złotową można podpiąć do kilku rachunków i są one darmowe. Drogi jest natomiast rachunek w złotych (chyba że przelewamy spore wynagrodzenie albo mamy wysokie oszczędności). Podobnie jest w BGŻ BNP Paribas, który w ofercie ma kartę dwuwalutową.

Podróżnicy powinni również przyjrzeć się ofercie Wizzaira, który od lutego tego roku sprzedaje przedpłacone karty walutowe, w tym w takich walutach, jak korony szwedzka i norweska. Zamówić ją mogą tylko członkowie Wizzair Discount Club, co wiąże się z uiszczeniem rocznej opłaty 139 zł. Członkostwo daje jednak dostęp do różnych zniżek oferowanych przez przewoźnika.

Jeśli ktoś opuszcza Polskę tylko na wakacje, powinien poszukać tańszych rozwiązań, np. w kantorach internetowych, bo praktycznie wszystkie wydają karty przedpłacone. Koszt wydania to zazwyczaj 20 zł. Minusem są płatne bankomaty za granicą — równowartość około 10 zł.

I wreszcie: last but not east — karty kantoru internetowego Alior Banku. To wciąż czarny koń tego rynku. W kantorze można zamówić trzy karty: w EUR, GBP i USD. Za darmo. Konta też są bezpłatne, kursy walut niskie. Do tego bank oferuje niezłą aplikację mobilną, znakomicie uławiającą zarządzanie walutą za granicą. Zamiast przelewać całą kwotę na odpowiedni rachunek, można na złotowym koncie trzymać stosowną rezerwę i dokupować walutę w miarę potrzeb. Oferta Aliora ma dwa minusy: płatne bankomaty od drugiej transakcji (9 zł) i co bardziej dolegliwe — karty nie wszędzie są akceptowane. Generalnie nie lubią ich bankomaty na Dalekim Wschodzie: w Laosie, Malezji, bywa, że w Indiach. Ale również w Europie może zdarzyć się sytuacja, że transakcja nie zostanie zrealizowana.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy