Przefiltruj przez serce

Agnieszka Kobylińska, Monika Witkowska
25-06-2004, 00:00

Na obrazkach podpisywał się: Matejko. Umiał pisać tylko drukowanymi literami. Nauczył się rachować na palcach do tysięcy. Nikifor...

„Mój Nikifor” to opowieść o ostatnich latach życia słynnego malarza prymitywisty, a właściwie historia niezwykłego związku dwóch artystów Nikifora i Mariana Włosińskiego — sumuje reżyser filmu Krzysztof Krauze.

„Puls Biznesu”: Film wzrusza. Z pokazów jeszcze surowej wersji, bez muzyki, widzowie wychodzili z zaczerwienionymi od płaczu oczami; nawet starzy telewizyjni wyjadacze po kolaudacji ocierali łzy. No to mamy wyciskacz łez...

Krzyszof Krauze: Był sobie Nikifor Krynicki — genialny samouk, uznawany dziś za jednego z najwybitniejszych malarzy „naiwnych” na świecie, i był sobie absolwent krakowskiej ASP — Marian Włosiński, dużo młodszy od niego, który miał pracownię w starym Domu Zdrojowym w Krynicy. Zajmował się okolicznościowymi dekoracjami, robił plakaty... Pewnego dnia przyszedł do niego ktoś stary, głuchy, głodny. Wyglądał jak żebrak. Rozłożył w pracowni swoje przybory do malowania. Włosinskiemu zdawało się, że to jednorazowa wizyta. Nikifor został 8 lat. Do końca życia. Włosiński miał żonę, dwoje małych dzieci. Gdy okazało się, że Nikifor choruje na otwartą gruźlicę (wtedy gruźlica była takim dzisiejszym AIDS) — musiał wybrać. Pozostał przy Nikiforze. Żona z dziećmi się wyprowadziła. Pod koniec życia nosił go na plecach, mył nogi, chociaż wcześniej brzydził się go dotknąć. Gdy Nikifor umierał, siedział przy jego łóżku... Z jednej strony to historia o geniuszu, a z drugiej — o ofierze. Bo co można oddać człowiekowi cenniejszego niż własny czas. Może stąd te łzy.

Znaczy: film biograficzny?

Nie staraliśmy się w filmie odtworzyć biografii Nikifora, nie jest to również film o sztuce... Ja bym go nazwał dramatem obyczajowym. Uciekaliśmy od tła politycznego. Nie ukrywamy, że Nikifor był Łemkiem, że był deportowany z Krynicy. Ale te wątki interesują nas mniej... One są dobrze zdokumentowane. Powstało o tym kilka filmów i reportaży.

„Nikifor” rodził się w bólach przez cztery lata. Podobno światło dzienne ujrzało kilkanaście wersji scenariusza. I to Pan się nie mógł zdecydować...

Nie, powstały trzy zupełnie osobne scenariusze, a pracowaliśmy na czternastej wersji pierwszego z nich. Drugi to był zbiór pięciu nowel, opowiadający o ludziach, którzy kupili obrazy Nikifora — i co im to zmieniło w życiu, trzeci — pięć nowel o Nikiforze. Nie ma w tym nic dziwnego. W Ameryce traktuje się poważnie scenariusz począwszy od dziewiątej wersji. W Hollywood nad scenariuszem pracuje około 30 osób. No fakt, że za scenariusz płacą tam inne pieniądze niż w Polsce. Nasza czternasta wersja była czystą filantropią. I była tylko dlatego możliwa, że z Joanną Kos byliśmy nie tylko parą scenopisarzy, ale parą „na życie”. To ona wpadła na pomysł, by zrobić film o Nikiforze. Skończyło się tak, że na trzy dni przed rozpoczęciem zdjęć wzięliśmy ślub w Sączu — tam, gdzie między innymi kręciliśmy film. Na weselu bawił się z nami Włosiński (dziś ma 78 lat) i jego dzieci. Można powiedzieć, że powiało „Weselem” Wyspiańskiego.

Pana żona to nie jedyna kobieta, która przyczyniła się do powstania tego filmu.

Nikifor miał szczęście do kobiet: jako artystę, tuż po wojnie, odkryła go historyk sztuki, Elżbieta Banach, która z mężem Andrzejem zorganizowała wiele jego wystaw i była współautorką książek. A w filmie Nikifora gra kobieta: Krystyna Feldman. Po charakteryzacji jest tak do niego podobna, że w Krynicy, gdzie go jeszcze ludzie pamiętają, kilka osób zatrzymało się na ulicy, wołając: „To przecież Nikifor!”. I myślę, że Nikifor byłby zadowolony. To niezwykła, wspaniała rola.

Dlaczego Krystyna Feldman?

Przyjechaliśmy z żoną do Krynicy pisać scenariusz i nagle ten pomysł się pojawił. Może to telepatia. Okazało się, że Jurek Bogayewicz kręcił tam film „Boże skrawki”. Krystyna w nim grała. I była właśnie w Krynicy. Tuż obok. Kiedy Marian Włosiński zobaczył ją szepnął: „To jest Nikifor!“. Nie szukaliśmy już nikogo innego. Krystyna była zaskoczona, ale nie czuła się urażona propozycją. Grała już męskie role w teatrze. To olbrzymie wyzwanie dla aktora. Łomnicki też marzył, by zagrać kobietę... Każdy wybitny aktor chce przejść granicę wyznaczoną przez płeć. Krysia szybko przyzwyczaiła się do charakteryzacji. I żartuje, że teraz źle czuje się bez zarostu.

Jaka była rola Mariana Włosińskiego?

Teraz wiele osób przyznaje się do przyjaźni z Nikiforem; opowiadają o tym, jak zapraszali go na obiady... Ale prawda jest taka, że nie było ich wielu. Nikifor stał się pośmiewiskiem. Utrzymywał się z żebrania. Wstawał rano, przemywał oczy wodą i szedł 2,5 kilometra do Krynicy, bo mieszkał na wsi. W lecie malował na murku. Potem podchodził pod jakiś pensjonat. Dostawał miskę zupy — albo nie — i wracał do domu. Tam wieczorem rysował. Za swe obrazki, często wykonane na wydartych kartkach, okładkach zeszytów szkolnych, tekturkach brał po 50 groszy. I tak przez całe życie, przez 60 lat! Malował po trzy obrazy dziennie.

Najwięcej jednak o Nikiforze opowiedział nam Włosiński (pierwowzór filmowej postaci, granej przez Romana Gancarczyka). Spędziliśmy z nim wiele tygodni. Zjechaliśmy całą Sądeczczyznę, zrobiliśmy 20 tys. km. Mnóstwo nam pokazał... Jest obdarzony fenomenalną pamięcią. Pamięta nawet kolor skarpetek Nikifora! Włosiński wiele razy wyratował nas z opresji. Opowiedział nam o rzeczach, które trudno byłoby znaleźć w książkach. To było poszukiwanie miejsc, krajobrazów, nasiąkanie miejscowym klimatem. To nie tak, że film samym mózgiem da się zrobić... To musi wejść do krwioobiegu, przefiltrować się przez serce.

Kiedy „Mój Nikifor“ wchodzi na ekrany?

Chcemy go pokazać na festiwalu w Gdyni, a od 24 września — w kinach. Jest zmontowany. Brakuje muzyki Michała Urbaniaka, ale lada moment i to będzie gotowe. Film jest w postprodukcji. Powstawał w technologii hight definition, na którą z wolna przestawia się już świat, zwłaszcza kraje biedniejsze, takie jak Polska. Takich krajów nie stać na negatyw, który mógłby przejść przez komputer... To jedyne wyjście. Pomaga nam firma TPS — pionier tej technologii w Polsce.

Film w technologii HD mniej kosztuje? Jak Pan wydębił pieniądze na realizację?

— Producentem filmu jest Studio Filmowe Zebra, koproducentem — Telewizja Polska. Budżet wynosi prawie 3 miliony złotych i nie jest jeszcze zamknięty. Nadal szukamy sponsorów... Pieniądze na film dały firmy: Fakro, Nescafe Nestle, Domy Zdrojowe w Krynicy. Jesteśmy w trakcie rozmów z Pocztą Polską. Ale to mało i mało.... Brakuje pieniędzy na zamknięcie i zbilansowanie produkcji i promocję filmu.

Lecz myślę, że film znajdzie swoją widownię. Bo to niezwykła historia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Kobylińska, Monika Witkowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Przefiltruj przez serce