Dopóki nakłady na promocję Polski jako miejsca lokowania inwestycji będą wynosić 5 groszy na obywatela, zachęcaniem Niemców do inwestowania w naszym kraju będą zajmować się... Niemcy.
W zorganizowanej przez „PB” debacie wzięli udział przedstawiciele bilateralnych izb przemysłowo-handlowych oraz szef Polskiej Agencji Inwestycji i Informacji Zagranicznych (PAIIZ). Była ona nie tylko okazją do ponarzekania, ale i do wymiany konkretnych uwag. Jej skutkiem ma być dostrojenie do potrzeb inwestorów strony internetowej PAIIZ. Według przedstawicieli firm, to właśnie sieć jest dzisiaj najważniejszym źródłem informacji o kraju i warunkach inwestowania w nim.
„PB”: Czy Polska wykorzystuje potencjał gospodarczy, którym dysponuje, i czy robi właściwy użytek ze środków na promocję, którymi rozporządza?
Adam Żołnowski
prezes PAIIZ
Polska nie była w stanie wypracować jednolitej, przejrzystej strategii przyciągania inwestycji i skumulowania środków na promocję w jednym lub w kilku ośrodkach, realizujących określone cele. W tej chwili te działania są rozproszone, a ich skutki zróżnicowane. Tak naprawdę wiele firm przychodzi do Polski, ponieważ same zauważają, że tu można zrobić dobry biznes, niekoniecznie za sprawą działań takiego czy innego resortu. Powinniśmy pójść w kierunku ustalenia priorytetów sektorowych, na które przeznaczymy środki pozostające w naszej dyspozycji.
Gdy przyszedłem do PAIIZ, poprosiłem o zrobienie analizy. Wynika z niej, że najwięcej z ogólnej kwoty 13 mln zł, którą ma do dyspozycji agencja, wydaje się na administrację. W drugiej kolejności są wydatki na zarząd i jego doradców, w trzeciej — ogólnie ukierunkowana promocja gospodarcza. Dopiero później są środki przeznaczane na stymulowanie napływu inwestycji zagranicznych. Zatem 80-85 proc. to wydatki sztywne — płace, utrzymanie budynków itp. Na działania czysto promocyjne, organizowanie imprez itd., PAIIZ ma zaledwie 2 mln zł. To raczej niewesoły obraz.
Promocją polskiej gospodarki zajmują się też Polska Organizacja Turystyczna, wydziały ekonomiczno-handlowe ambasad, cały szereg instytucji „podpiętych” pod Ministerstwo Gospodarki czy Spraw Zagranicznych (MSZ)... W projekcie budżetu ministra gospodarki na 2006 r. na utrzymanie wydziałów ekonomiczno-handlowych przewidywano blisko 110 mln zł. Drugą pozycją, która dotyczyła promocji gospodarki, był fundusz na rozwój eksportu i inwestycji — 50 mln zł.
Rysuje się zatem obraz państwa utrzymującego potężny system konsumujący większość środków, które były przeznaczone na promocję. Można to spróbować przeciąć i ułożyć od nowa — zmienić priorytety wewnątrz PAIIZ. Potrzebne są działania na szczeblu o wiele wyższym. Pierwsze przykłady takich działań już mamy — chociażby podpisanie porozumienia między MSZ i Ministerstwem Gospodarki w sprawie wydziałów ekonomiczno-handlowych czy też próba wypracowania nowej roli dla PAIIZ. Najłatwiej bowiem wydawać publikacje typu „How to do business in Poland”. Jest ich już kilkanaście i wszystkie zawierają to samo. Pytanie, czy inwestor to czyta, czy jest on zainteresowany taką cegłą? Według mnie, powinna być jedna, dobrze opracowana, znakomita książka. Być może dostosowana do poszczególnych rynków. Nasze działanie powinniśmy dostosowywać do konkretnych potrzeb. Reasumując, trzeba: zgromadzić środki, przemyśleć na co je wydać, zacząć je wydawać, realizując określone cele, mierzyć, czy te cele są realizowane, i wyciągać konsekwencje wobec tych, którzy ich nie realizują.
Izabela Staniszewski
członek zarządu Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej
Najważniejsza jest świadomość. Wśród inwestorów skandynawskich są dwa typy ludzi — ci, którzy byli w Polsce i wiedzą, że to ciekawy kraj do inwestowania, i ci, którzy znają Polskę jedynie z mediów. Ci drudzy, niestety stanowiący większość, postrzegają nas jako trzeci świat, bo media pokazują tylko to, co się w nich dobrze sprzedaje — alkohol, morderstwa, ubóstwo. Pierwszy przyjazd do naszego kraju to dla inwestorów pozytywne zaskoczenie. „Wy macie wyższe szkoły, 40 mln ludzi, którzy żyją na przyzwoitym poziomie” — mówią zaskoczeni. Musimy pokazać Polskę jako naprawdę wartościowy kraj, zrozumieć, a potem opracować świadomą strategię promocji.
„PB”: Co zatem? Kampania narodowa, czy działania zindywidualizowane, nastawione na rozmowy z konkretnymi firmami albo grupami firm?
Izabela Staniszewski: Przede wszystkim musimy sobie zadać pytanie, jak kraje mogą do nas dotrzeć. Mówimy o książkach, o komiksach. Tymczasem powinno to odbywać się jak najłatwiej. Włączam komputer, wchodzę na stronę internetową Polski, dostaję konkretną informację na temat, który mnie interesuje — inwestuj w tej chwili w to a to, ponieważ... Chciałabym się z takiej strony dowiedzieć: jak zarejestrować firmę, gdzie szukać konkretnych informacji. Na to nie trzeba wielkich środków...
„PB”: Czy w Polsce sprawnie przebiega wymiana informacji między narodowymi izbami gospodarczymi a rządem i jego agendami?
Magdalena
Tran-Van
dyrektor generalny Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej (CCIFP)
Niestety nie. O to, co szwankuje, pytano nas wielokrotnie i nic z tego nie wynikło. Tymczasem izby bilateralne i przedsiębiorcy są jednym z najlepszych czynników przyciągających biznes do Polski, bo zdecydowana większość, która tu zainwestowała, jest z tego zadowolona i zachęca innych. Inwestorom najbardziej brakuje jasnej wizji Polski, informacji o tym, co z punktu ekonomicznego chce osiągnąć. Niestety, jesteśmy skazani na wizje 4- i 5-letnie. A inwestorowi potrzeba informacji, jakie miejsce w Europie chce zajmować Polska za 15-20 lat.
Izabela Staniszewski: Myślimy krótkoterminowo. To wynika z naszej kultury. Nie wiem, czy uda się nam to zmienić. My w izbie po prostu chwalimy się Polską. Jako osoba żyjąca dwóch krajach przestaję się wstydzić Polski — zaczynam być dumna z wielu rzeczy.
Magdalena Tran-Van: Cudzoziemcy mają dużo lepszą opinię o Polsce niż my, Polacy...
Adam Żołnowski: Mimo trudności, współpracujemy. W porozumieniu z izbą amerykańską i brytyjską zaproponowałem ministrowi gospodarki wsparcie tworzenia w Polsce centrów usług. Pojawił się jednak problem z podatkiem VAT. I nawet tłumaczenie, że można zyskać 5 tys. miejsc pracy, nie daje gwarancji wyrażenia zgody. Decydent musi mieć na jednej szali to, co zyska, a na drugiej — ile odda. Amerykańska izba wspólnie z amerykańską ambasadą ma zatem określić, ile potencjalnych miejsc pracy jest do utworzenia. A strona polska sprawdzi, czy rzeczywiście problem VAT jest kluczowy. Jeżeli okaże się, że tak, to spojrzymy na polskie regulacje. Jeśli na podstawie obowiązującego prawa nie ma możliwości wprowadzenia rozwiązań, które są tym firmom potrzebne, to przedstawimy propozycję precyzyjnego zapisu ustawowego. Będziemy wiedzieli, co i w jakiej ustawie powinno zostać zmienione.
Wojciech Kostrzewa
prezes Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej
Podziwiam wiarę prezesa Żołnowskiego w racjonalność działania polityków. Jestem bardziej sceptyczny, ale nie neguję polityki drobnych kroków — ona pomaga w racjonalizacji prawa, w którego pisaniu zbyt rzadko uczestniczą praktycy. Każda inicjatywa, która oznacza stworzenie instytucjonalnej płaszczyzny komunikacji między środowiskami biznesowymi a agencjami rządowymi, musi być powitana z olbrzymią radością. Nasza izba będzie starała się takie inicjatywy wspierać.
W promowaniu Polski mamy dwie płaszczyzny, o których warto przynajmniej wspomnieć. Zajęliśmy się tą mikro — jak racjonalnie wydać ograniczone środki na promocję. Ale znacznie ważniejsza jest dla mnie strona makro. Często uczestniczę w kongresach, seminariach organizowanych w Niemczech po to, by promować Polskę. Od kilkunastu lat przyjmuję tę samą zasadę, co pani Staniszewski — za granicą trzeba się chwalić. Ale trudno to robić w sytuacji, gdy mamy bezsensowne debaty, np. czy ograniczyć niezależność NBP. Jeżeli PAIIZ ma być instytucją pomagającą w promowaniu Polski za granicą, to powinna być też instytucją, która będzie przenosiła te głosy krytyczne dalej. PAIIZ powinna być pasem transmisyjnym w drugą stronę — dobrze byłoby, żeby jej prezes mógł powiedzieć ministrowi gospodarki: „Niech pan zobaczy, jakie szkody wyrządza pan swoim podejściem do tej czy innej sprawy”.
Robert Koński
country manager
AMCHAM
Życzymy panu prezesowi PAIIZ, żeby budżet na promocję Polski, który wynosi 5,5 grosza na mieszkańca, zwiększył się stokrotnie. Jednak nawet dysponując takimi pieniędzmi, trudno byłoby zrekompensować niefortunne, nieprzemyślane wypowiedzi przedstawicieli administracji publicznej. Nasza promocja i mozolne budowanie pozytywnego wizerunku Polski ulega gwałtownej erozji, np. za sprawą nie do końca przemyślanych wypowiedzi poprzedniej minister finansów na temat ograniczania możliwości działania hipermarketów.
Magdalena Tran-Van: W ciągu ostatnich 17 lat najbardziej zabrakło w Polsce edukacji ekonomicznej społeczeństwa. Wypowiedzi polityków są wynikiem nieznajomości reguł ekonomicznych, obowiązujących w biznesie. Niestety, media zamiast edukować społeczeństwo, często przekazują absurdalne poglądy polityków. Administracja publiczna nie zawsze rozumie przedsiębiorców, a inwestorzy zagraniczni pokazywani są jako ci, którzy zrobili skok na kasę...
„PB”: Jeśli nie potrafimy wypromować nieskazitelnego, w miarę obiektywnego wizerunku Polski, to może przekonywać potencjalnych inwestorów, żeby nie przejmowali się bełkotem polityków?
Magdalena Tran-Van: Na szczęście żyjemy w demokratycznym kraju, gdzie obowiązują zasady wolnorynkowe, a przedsiębiorstwa działają bez względu na bełkot polityków. Myślę, że to najwyższy czas, aby przedstawiciele administracji i politycy podciągnęli swoją wiedzę ekonomiczną. Może doprowadzi to w końcu do stworzenia narzędzi systemowych do konsultowania się z przedsiębiorcami. W tej chwili to legislator decyduje o zasadach, które regulują dany sektor. Wystarczy, że jakaś grupa ma większe przełożenie na polityków i powstają ustawy nieodpowiadające oczekiwaniom całych grup zawodowych.
„PB”: Czy zatem brakuje płaszczyzny wymiany poglądów między przedsiębiorcą a ustawodawcą?
Magdalena Tran-Van: Problem jest dużo szerszy, bo gdy mówimy o regulacjach sektorowych, to w grę nie wchodzi tylko relacja przedsiębiorca — ustawodawca, ale i przedsiębiorca — samorządy lokalne, związki zawodowe, konsumenci.
Izabela Staniszewski: Reprezentuję małą norweską firmę, zatrudniającą 300 osób, i wiem, z jakimi problemami borykają się tej wielkości przedsiębiorstwa. To olbrzymia liczba inwestorów, którzy w przeciwieństwie do największych koncernów nie mają pieniędzy na prawników i konsultantów. To do nich powinno się dotrzeć z najszerszą i prostą informacją.
Maciej Cybulski
prezes
Polsko-Amerykańskiej Izby Gospodarczej
Reprezentuję Polsko-Amerykańską Izbę Gospodarczą, a jednocześnie jestem przedstawicielem biura promocyjnego na Europę Środkową i Wschodnią stanu Illinois. Organizuje on w naszej części Europy dwanaście dwugodzinnych sesji o stanie Illinois, o jego przepisach, księgowości, podatkach itp. Po takich seminariach kilka polskich firm otwiera biura handlowe w Chicago. Wzorem mogą być też Czechy, gdzie działają Czech Invest i Czech Trade — pełnią funkcję radcy handlowego i inwestycyjnego. Też jestem zdania, że broszury są niepotrzebne, bo szybko się dezaktualizują. Idealnym rozwiązaniem jest dziś internet oraz seminaria dla potencjalnych inwestorów.
„PB”: Jak oceniają państwo działania promocyjne na szczeblu gminnym?
Wojciech Kostrzewa: Specjalne strefy ekonomiczne — zdecydowanie pozytywnie. Jeżeli ich zamysłem było doraźne działanie na rzecz reaktywizacji regionu, zmniejszenia strukturalnego bezrobocia, to zaczynają się one sprawdzać. Jednocześnie obserwuję różnice regionalne w przebiegu procesów rejestracyjnych. W Warszawie jest to droga przez mękę. Z kolei w Krakowie czy Katowicach przedsiębiorca jest traktowany normalnie — nie jako petent, ale szansa dla regionu. Te różnice odczuwają inwestorzy zagraniczni. Jeżeli któryś z nich trafi na oporną biurokrację — nie wróci, co gorsza, zniechęci innych.
Izabela Staniszewski: Działam w trzech podwarszawskich gminach: Lesznowola, Mszczonów i Piaseczno. W tej pierwszej, gdy przychodzi inwestor, władze chcą pomóc. Obok leży gmina Piaseczno, jedna z najbogatszych w Polsce. Tam obowiązuje już tzw. typowy styl załatwiania sprawy. Niezależnie od wszystkiego, inwestorzy ze Skandynawii nie chcą wierzyć, że w Polsce można rozmaicie interpretować te same przepisy...
Magdalena Tran-Van: W większości krajów prawo jest jednoznaczne, a dużo spraw urzędowych, np. płacenie podatków, załatwia się za pośrednictwem stron internetowych.
Izabela Staniszewski: PAIIZ mogłaby mieć krótkie informacje prawne na stronie internetowej lub specjalistów, którzy szybko wyjaśnią wątpliwości związane z przepisami.
„PB”: Wszystkie drogi prowadzą do PAIIZ...
Adam Żołnowski: PAIIZ w ciągu dwóch miesięcy przebuduje stronę internetową. Ponadto będziemy odchodzić od broszur na rzecz wydawnictw na płytach.
Izabela Staniszewski: Tylko kto ogląda płyty reklamowe? Strona internetowa i informacje w ambasadzie! Tam powinny być najbardziej aktualne dane o Polsce.
Robert Koński: Przy czym potrzebne jest zaangażowanie całych ambasad, a nie tylko wydziałów ekonomiczno-handlowych...
Lars Bosse
dyrektor Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej
Teraz promocja Polski jest też naszą rolą — bilateralnych izb przemysłowo-handlowych. Zorganizuję w tym roku w Niemczech 25 wykładów, za pieniądze izby. Wydajemy broszurę o Polsce, reklamujemy Polskę bez udziału środków państwa. To jest sytuacja, której nie rozumiem — Polskę w Niemczech promują Niemcy... za niemieckie pieniądze.
Wojciech Kostrzewa: Izby są bardzo aktywne, bo to ich obowiązek wobec przedsiębiorców obu krajów. Najlepiej byłoby gdyby PAIIZ uzupełniała nasze działania, wchodząc w obszary, które są poza naszym zasięgiem. I zgadzam się z przedmówcami — dzisiaj szukanie czegokolwiek zaczyna się od wyszukiwarki internetowej.
„PB”: Specjalizacja to jest obszar, w którym porusza się Instytut Marki Polskiej. Co robimy i co jeszcze możemy zrobić dla promowania konkretnej oferty Polski?
Mirosław A. Boruc
prezes Instytutu Marki Polskiej
Kluczem do skutecznego przyciągania inwestycji jest marka kraju, a Polska popełnia błędy wpływające na jej reputację. Skatalogowałem te najczęstsze:
1. Polska nie wie, po co jej inwestycje zagraniczne. Na świecie jest kilka szkół myślenia o inwestycjach zagranicznych. Dwie podstawowe są takie: spowodować markowy eksport lub zwiększyć zatrudnienie.
2. W Polsce nie ma definicji inwestycji zagranicznych. A inwestycjami zagranicznymi jest wszystko to, co powoduje, że do kraju przypływa kapitał w różnych formach. Sprowadzenie pierwszego skrzypka do filharmonii, piłkarza czy licencji — to są inwestycje.
3. Zły sposób promocji. Kluczem do przyciągania kapitału jest nauczenie miast brandingu, działania długookresowego.
4. Kompletne niewykorzystanie polskiej diaspory. Polska nie sięga w promocji do górnych warstw Polonii.
5. Kompletny brak wybredności wobec inwestorów. W Polsce traktuje się inwestycje jako lek na wszystko.
6. Absurdalne założenie, że my konkurujemy z Czechami i Słowacją, podczas gdy przede wszystkim konkurujemy z Azją i Ameryką Łacińską.
Sprawdziłem co zyskał Turyn, organizując ostatnią olimpiadę, którą okrzyknięto niepowodzeniem. Wydał 3,5 mld EUR, a dotychczas zainwestowano tam już 25 mld EUR. Państwo powinno prowokować wydarzenia, które mają zdolność przyciągania inwestycji. W Austrii przerabiają Mozarta na inwestycje zagraniczne. My za chwilę mamy 200-lecie urodzin Chopina, a potem być może będą mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Dlaczego Intel wybiera Kostarykę na miejsce inwestycji za miliard dolarów? Mechanizm jest prosty. Inwestor nie podejmie nigdy decyzji o przeprowadzce w dane miejsce, jeżeli jego córka powie, że tam nie pojedzie, bo tam gwałcą. Wniosek? Wszyscy, którzy podejmują decyzje, oprócz racjonalnych przesłanek biorą pod uwagę emocje i uczucia. To się sprowadza do marki, jakości życia i przeżyć w danym miejscu. Nie ma lepszego ambasadora niż zadowolony inwestor. Ci, którzy wygrywają na Polsce, są największymi jej sojusznikami.