Od początku czerwca zachowanie zarówno światowych giełd, jak i GPW nie pozostawiało żadnej wątpliwości. Reakcja rynków rozwijających się na rozpoczynające miesiąc nagłe spadki indeksów w Chinach był praktycznie żadna. Gwałtowne zmiany kierunku chińskich indeksów są typowe dla rynku, na którym pęka bąbel spekulacyjny. A ponieważ zarządzający wszystkich dużych funduszy doskonale zdawali sobie od dawna sprawę z tego, że taka euforia, z jaką mieliśmy tam do czynienia, musi zostać ukarana — to dużych zagranicznych funduszy dawno już w Chinach nie ma. Zresztą w następnych dniach chińskie indeksy już rosły.
Dopóki w Chinach szybki wzrost gospodarczy będzie kontynuowany, możemy zapomnieć o „czynniku chińskim” i skupić się na innych rynkach. Co prawda, indeksy giełdowe spadały w reakcji na wzrost rentowności amerykańskich obligacji, ale gołym okiem widać było, że — aby doprowadzić do ich zwyżki — gracze czekają na najmniejszą nawet korektę na rynku długu. I rzeczywiście — zamykanie krótkich pozycji doprowadziło do takiej korekty w trzecim tygodniu czerwca, a gracze na rynku akcji to skrupulatnie wykorzystali.
Optymizm rynku jest zaiste zadziwiający. Rok temu rentowność obligacji w USA zatrzymała się na poziomie nieco niższym od szczytu z zeszłego tygodnia, ale wtedy doprowadziło to do ostrej, dwumiesięcznej przeceny i WIG20 stracił 25 procent. Tym razem gracze ograniczyli się do wykazania niewielkiego jedynie niepokoju, a nasza giełda zachowała wręcz stoicki spokój. Takie reakcje sygnalizują, że hossa będzie jeszcze trwała, ale wybicie się rentowności z kanału dwudziestoletniego trendu
spadkowego nie pozostawia złudzeń. Koszt
pieniądza będzie rósł, a to musi w końcu doprowadzić do załamania giełd. Ale — uwaga — nie musi to nastąpić szybko.
Piotr Kuczyński
główny analityk Xelion. Doradcy Finansowi
