Przyszłość branży tekstylno-odzieżowej w UE zależy od cen oraz dostępu do kapitału. Eksporterom zagląda w oczy ryzyko kursowe.
Krajowa branża tekstylno-odzieżowa najgorsze ma już za sobą. Bolesny proces restrukturyzacji przy zniesieniu stawek celnych z Unią i niekontrolowanym napływie taniej odzieży ze Wschodu skutecznie wyczyścił rynek, szczególnie w sektorze jedwabniczym, bawełnianym i wełnianym. Niedobitki rozpaczliwie walczą o przetrwanie. Pocieszające jest to, że większość firm, które przetrwały, radzi sobie nieźle.
Tadeusz Wawrzyniak, prezes Polskiej Izby Przemysłu Tekstylnego oraz prezes Telimeny, podkreśla, że wystawiona na konkurencję branża nie otrzymała od rządu żadnego wsparcia. A mogło być inaczej.
— Najlepszym przykładem są kraje iberyjskie, których rządy wsparły sektor, a ten z kolei wchodząc do UE zawojował rynki sąsiadów. Dotyczy to m.in. znanej hiszpańskiej sieci Zara. Polska też miałaby taką szansę, gdyby rząd spojrzał na branżę łaskawszym okiem — podkreśla Tadeusz Wawrzyniak.
Nie jest jednak tak źle. Polska jest znaczącym eksporterem głównie wyrobów z tzw. średniej półki.
— Szanse na większy rozwój i eksport będą mieli szczególnie producenci tkanin technicznych i wyposażenia wnętrz. Wszystko jednak będzie zależało od konkurencyjności cenowej, łatwiejszego dostępu do kapitału i stabilizacji kursu złotego — uważa Tadeusz Wawrzyniak.
Zdaniem Barbary Wandachowicz, prezesa Krajowej Izby Mody, spore szanse na rozwój i eksport mają producenci odzieży damskiej oraz tzw. unikatów, czyli małych oryginalnych kolekcji projektantów.
— Krajowi producenci, szczególnie średni i mali, muszą zrozumieć, że w pojedynkę niewiele zdziałają. Dla nich jedynym wyjściem jest tworzenie grup producenckich, chyba że zdecydują się działać jedynie na wąskim rynku lokalnym — podkreśla Barbara Wandachowicz.
Jedną z obaw branży jest większy napływ odzieży z Unii, w sytuacji gdy u Polaków wciąż pokutuje kompleks zachodniej marki.