Przyjaciel Indian

opublikowano: 28-08-2019, 22:00

Kilkunastoletni wielbiciel westernów, kolekcjoner figurek Indian bawiący się w podchody z kolegami nie myślał nawet o tym, że kiedyś jego pasja zmieni się w pracę. Po latach Jarosław Pruchniewski zbudował pod Łodzią wioskę indiańską Tatanka.

Jarosław Pruchniewski jest z zawodu mechanikiem samochodowym. Wychował się na blokowisku na osiedlu Retkinia w Łodzi. Wydawało się, że jego życie będzie zawsze związane z miastem. Po szkole pracował w Przedsiębiorstwie Transportu i Sprzętu Budowlanego Przemysłu Lekkiego, potem poszedł do wojska, a gdy z niego wyszedł, trafił na czas przemian — był rok 1991. Zakład został zreprywatyzowany, nie było już w nim miejsca dla młodego mechanika. Dalsza droga zawodowa toczyła się różnie, m.in. 6,5 roku pracował w Coca-Coli, a o dużych zmianach życiowych trochę zdecydowało szczęście.

Kilkunastoletni wielbiciel westernów, kolekcjoner figurek Indian bawiący się w podchody z kolegami nie myślał nawet o tym, że kiedyś jego pasja zmieni się w pracę. Po latach Jarosław Pruchniewski zbudował pod Łodzią wioskę indiańską Tatanka
Wyświetl galerię [1/14]

Kilkunastoletni wielbiciel westernów, kolekcjoner figurek Indian bawiący się w podchody z kolegami nie myślał nawet o tym, że kiedyś jego pasja zmieni się w pracę. Po latach Jarosław Pruchniewski zbudował pod Łodzią wioskę indiańską Tatanka Fot. KRZYSZTOF JARCZEWSKI

Z miasta na wieś

Tak się złożyło, że z żoną kupili za grosze działkę w Rudzie Bugaj obok Aleksandrowa Łódzkiego. Działka dość długo leżała odłogiem, zmienił się plan zagospodarowania przestrzennego i z rolnej stała się budowlaną. Traf chciał, że wtedy pojechali do nieżyjącego już kolegi Aleksandra Danyluka, który prowadził wioskę indiańską na Śląsku.

— Powiedział: „Jarek, masz działkę, masz tyle eksponatów, wykorzystaj swoją pasję i zbuduj wioskę”. Rzeczywiście, w domu było prawdziwe muzeum. Zawsze interesowała mnie kultura materialna Indian — sam robiłem dużo strojów, instrumentów muzycznych, narzędzi. Wszystkie z naturalnych materiałów — skór, kolców ursona, kości. Żona zaczęła się tym irytować, zwłaszcza odkąd skaleczyła stopę kolcem ursona i wdał się stan zapalny, a nie miała pomysłu, jak wytłumaczyć lekarzowi, czym się zraniła — brzmiało to nieprawdopodobnie — wspomina Jarosław Pruchniewski.

I tak w 2003 r. pod Aleksandrowem Łódzkim powstała indiańska wioska. Część pieniędzy na jej założenie małżonkowie wyłożyli z własnych oszczędności, dostali też wsparcie od rodziny. Eksponaty i namioty Jarosław Pruchniewski robił sam bądź wypożyczył od kolegów.

— Dlatego trudno określić, ile to kosztowało. Trzeba było zaadaptować teren pod wioskę, zaplanować wygląd obozu i części rekreacyjnej, postawić namioty… Wszystkie prace wykonywaliśmy we własnym zakresie — mówi Jarosław Pruchniewski.

Latem brał w firmie urlop bezpłatny, by prowadzić wioskę — działała sezonowo. Powoli jednak kiełkowała myśl, by opuścić miasto na stałe. W 2006 r. kupili trzy hektary w Solcy Małej pod Ozorkowem.

— Nigdy nie chciałam mieszkać na wsi, ale okazało się, że ja byłam z dziećmi w Łodzi, a on na działce 40 km od rodziny — co to za małżeństwo? Dlatego zapadła decyzja, że zmieniamy wszystko, żeby być razem. Poszczęściło się, bo od razu dostałam pracę w miejscowym przedszkolu. Nie potrzebowali jednak nauczycielki, tylko dyrektora — najpierw się buntowałam, bo nie lubiłam pracy administracyjnej, ale po trzech dniach namysłu podjęłam decyzję. Wcześniej liczyłam się z tym, że będę musiała dojeżdżać do pracy do Łodzi 40 km, a teraz mam sześć — opowiada Anna Pruchniewska.

Tak przeniesiono Tatankę do Solcy Małej. Rozstawiono tipi, zbudowano indiańską ziemiankę (jedyną w Polsce), zgromadzono jedną z największych kolekcji indiańskiego rękodzieła. Na łące pasą się konie. W celu podkreślenia związku ze światem zwierzęcym powstało też minizoo, w którym można zobaczyć m.in. skunksa, pieska preriowego i szopa pracza.

Od fikcji do rzeczywistości

Jako nastolatek Jarosław Pruchniewski czytał książki o Dzikim Zachodzie, oglądał westerny. W głowie budował sobie dwoisty obraz Indianina — jako żądnego krwi dzikusa, a jednocześnie romantycznego i szlachetnego wojownika.

— Tacy autorzy, jak James F. Cooper czy Karol May, działali na wyobraźnię, ale wypaczali obraz rzeczywistości podobnie jak westerny. Karol May nigdy nie był na Dzikim Zachodzie, nie miał pojęcia o życiu Indian — twierdzi Jarosław Pruchniewski.

Już jako dorosły człowiek przez przypadek — z programu telewizyjnego — dowiedział się o istnieniu Polskiego Ruchu Przyjaciół Indian: nieformalnej organizacji działającej od przeszło 40 lat, zrzeszającej indianistów o bardzo różnych zainteresowaniach — od historii przez rzemiosło, kulturę materialną i duchową po współczesne życie Indian. Ruch ten znacznie się przyczynił do rozpropagowania wiedzy o kulturach Indian Ameryki Północnej w Polsce. W Uniejowie odbywa się coroczne wiosenne Pow Wow — europejski Festiwal Muzyki i Tańca Indian Ameryki Północnej, podczas którego prezentowane są oryginalne tańce wykonywane przez tancerzy ubranych w ręcznie wyrabiane indiańskie stroje (niekiedy mające wartość samochodu).

Gośćmi Pow Wow są Indianie z różnych plemion zapraszani do Polski, jak również indianiści z innych europejskich krajów. Przy okazji imprez indianistycznych odbywa się też ogólnopolski Bieg Na Rzecz Ziemi, nawiązujący do indiańskiego Świętego Biegu Na Rzecz Ziemi i Życia, który propaguje ideę ochrony środowiska i szacunku dla ludzi i natury. Letni zlot Ruchu odbywa się co roku w różnych częściach kraju. Gromadzi kilkaset osób rozbijających tipi, chodzących w tradycyjnych strojach, dzielących się wiedzą. Przyjaciele Indian utrzymują też kontakty z mieszkańcami amerykańskich rezerwatów. Związek z taką grupą zapaleńców zaowocował pogłębieniem wiedzy opartej nie na fantazji, lecz na faktach. Jak się mają wyobrażenia wyniesione z literatury do rzeczywistości? Szacuje się, że w czasach Krzysztofa Kolumba w Ameryce Północnej żyło około 500 narodów należących do 300 grup językowych. Społeczności indiańskie były niewielkie. Ludzie byli od siebie bardzo zależni, jednostka nie miała szans przeżycia — pojedynczy człowiek nie upolował sam bizona, nie uszył tipi, nie obronił się przed wrogiem, dlatego najsroższą karą było wykluczenie kogoś ze społeczności.

1646e18c-8c31-11e9-bc42-526af7764f64
Puls Biznesu po godzinach
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE
Puls Biznesu po godzinach
autor: Marcin Goralewski
Wysyłany raz w tygodniu
Marcin Goralewski
Newsletter, który pozwoli odpocząć od codziennych newsów. Sylwetki ludzi biznesu, trendy, reportaże i podcasty
ZAPISZ MNIE

Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa.

Kliknij w link w wiadomości, aby potwierdzić subskrypcję newslettera.
Jeżeli nie otrzymasz wiadomości w ciągu kilku minut, prosimy o sprawdzenie folderu SPAM.

— Ta wzajemna zależność powodowała np. prawdomówność — oni nie znali kłamstwa. Białych nazywali „rozdwojonymi językami” albo „wężowymi językami”, bo co innego mówili, a co innego robili. Mnie najbardziej zafascynowali Indianie z Wielkich Równin. Ta kultura rozwinęła się wraz z pojawieniem się białych, którzy przede wszystkim przywieźli konie — bez nich przemierzanie tak ogromnych przestrzeni było niemożliwe. Ludzie zamieszkiwali ich obrzeża w półziemiankach takich jak ta, którą zbudowałem w Tatance, wzorując się na domostwach Indian Hidatsa, Mandan i Pawnee — mówi Jarosław Pruchniewski.

W chacie widać głównie repliki robione przez niego lub przyjaciół z Ruchu, jest też kilka przedmiotów sprowadzonych ze Stanów, m.in. flet miłosny z czerwonego cedru. Stamtąd też pochodzą niektóre półprodukty, np. skóry.

— Można poznać, czy strój jest zrobiony ze skóry z jelenia z Europy czy z Ameryki. U nas skóra nosi okrągłe ślady ukąszeń gzów, których tam nie ma. Z kolei pastwiska w Ameryce grodzi się drutem kolczastym — na skórze jelenia widać podłużne ślady drutów, pod którymi zwierzę się przeciskało — wyjaśnia indianista.

Po wojnach rozpętanych przez białych przybyszów dużo koni uciekało z pól bitewnych. Na Wielkich Równinach miały doskonałe warunki — z daleka widać drapieżnika, jest dostęp do pożywienia i wody. Różne rasy końskie, krzyżując się ze sobą, dały początek mustangom, które żyją tam do dziś. Indianie z narodów rolniczych stali się koczownikami, zaczęli wędrować. Wraz z białym człowiekiem pojawiły się też sukno wełniane, narzędzia, koraliki.

— Wszystkie narody ich używały, biali przywozili je z Czech, Włoch i Francji. Wyspa Manhattan została kupiona od Indian za garść koralików... Dziś wymieniamy się pracami — ja robię torby z surowej skóry, w zamian koleżanka wyhaftowała koc koralikami, to precyzyjna i czasochłonna praca — dodaje Jarosław Pruchniewski.

Indianie Ameryki Północnej byli animistami — rośliny i zwierzęta uważali za swoich braci, z którymi nierozerwalnie było związane ich życie. Nie zabijali ich więcej niż potrzeba.

— Wielu współczesnych Indian nie zna swojej historii i kultury, to rezultat tego, co zrobili biali — dzieci były zabierane do szkół misyjnych, bite za posługiwanie się swoim językiem, niektórzy zaczęli się wstydzić swojego pochodzenia. Andrzej Gusman, jeden z kolegówz Ruchu mieszkający od ponad 20 lat wśród Indian w rezerwacie Czarnych Stóp, uczy młodych wyprawiania skór tradycyjnymi metodami. Nauczył się tego od starszych, to jest jego pasja, w ten sposób im pomaga. Mamy jednak świadomość, że wiele umiejętności i ceremonii religijnych zostało utraconych na zawsze — mówi ze smutkiem Jarosław Pruchniewski.

Reakcje prawdziwych Indian na europejską pasję są różne.

— Jedni się cieszą, że z szacunkiem kultywujemy ich tradycje, opowiadamy prawdę o ich kulturze. Ale zdarzają się też głosy, że biali zabrali im ziemię, historię, tożsamość, więc jakim prawem zabierają kolejną własność. Ja uważam, że należy tak działać, by nikogo nie krzywdzić, dlatego staram się jak najdokładniej odwzorowywać stroje i dzielić się swoją wiedzą, przekazując prawdę, a nie fikcję literacką — podkreśla pasjonat.

Zwiedzanie i zabawa

Wioska działa od 20 kwietnia do 15 października. Utrzymuje się ze sprzedaży biletów. Zwiedzanie Tatanki to lekcja historii, etnografii i przyrody. Grupy są pod opieką przewodnika. Na stałe w wiosce pracują dwie osoby — Jarosław Pruchniewski i Krzysztof Zebrzowski, którzy oprowadzają wycieczki i opowiadają historie ze świata Indian. Najwięcej pojawia się grup zorganizowanych, dla których wstęp kosztuje 20 zł od osoby. Przy zwiedzaniu indywidualnym jest to 14 zł (7 zł za bilet dla dziecka). Zimą Jarosław Pruchniewski prowadzi w szkołach warsztaty rękodzielnicze, przyrodnicze i muzyczne. Wioska wędruje też na festyny, gdzie w tipi wystawiane są eksponaty, śpiewane tradycyjne pieśni i pokazywane tańce. Zwiedzający biorą również udział w oryginalnych zabawach w stylu indiańskim — walce na równoważni czejeńskiej, zawodach w jak najszybszym zwijaniu sznurka z drewnianym żółwiem. To rozrywka wymyślona dla potrzeb rywalizacji podczas zlotów i spotkań członków Ruchu. W wiosce indiańskiej takie zabawy służą wyrobieniu zręczności rąk i zmysłu równowagi.

Rewolwerowcy i traperzy

Dzieląc się pasją, Jarosław Pruchniewski słyszał różne komentarze — od podziwu po kpiny, że mężczyzna bawi się w wyszywanie koralikami.

— Ile razy słyszę „dorośnij wreszcie”, odpowiadam, że należę do tych nielicznych szczęśliwców, którzy robią to, co lubią, i jeszcze z tego żyją. Ogromną satysfakcję sprawia mi możliwość dzielenia się pasją z dziećmi, które prawdziwych historii o Indianach słuchają z takimi wypiekami na twarzy, jakie ja miałem, zaczytując się w dzieciństwie książkami, nie zawsze pokazującymi prawdziwy obraz Indian — mówi pasjonat.

Planuje budowę chaty pionierów wędrujących na zachód, w której będzie wystawa poświęcona Dzikiemu Zachodowi białych — rewolwerowcom i traperom. Przez cały czas powstają nowe eksponaty w celu wzbogacenia kolekcji.

— W działalności, którą prowadzę, nie można osiąść na laurach, cały czas trzeba się rozwijać, iść naprzód, bo zatrzymanie się, choćby na chwilę, oznaczałoby dla nas krok w tył — sumuje miłośnik Indian.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ewa Tyszko

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu