Czytasz dzięki

Przypadki łódzkiego kolekcjonera akcji

opublikowano: 15-09-2020, 22:00

Tomasz Stamirowski, szef funduszu Avallon, od lat inwestuje z menedżerami w formule MBO, a po godzinach kolekcjonuje ślady dawnej potęgi gospodarczej Łodzi

Większość spośród 45 funduszy należących do Polskiego Stowarzyszenia Inwestorów Kapitałowych jest sobie bardzo bliska przynajmniej pod jednym względem. Chodzi o ich adresy, bo siedziby mają zazwyczaj w szklanych biurowcach w centrum Warszawy. Tu jednak wyróżnia się fundusz Avallon MBO, którego biura mieszczą się w zabytkowej kamienicy przy alei Tadeusza Kościuszki w Łodzi, rzut beretem od ulicy Piotrkowskiej. To nie przypadek — to świadoma decyzja Tomasza Stamirowskiego, który stworzył fundusz i od prawie dwóch dekad nim zarządza.

— Łódź to moje miejsce. Tu się urodziłem, tu spędziłem dzieciństwo — jak zresztą praktycznie całe dotychczasowe życie. Wielu menedżerów mówi o budowaniu „kultury firmy”. Myślę, że nam w Avallonie udało się zbudować łódzką kulturę, jesteśmy związani z miastem, nie musimy mieć biura w wieżowcu w Warszawie, by być poważną instytucją finansową. Łódź jest też unikatowym miastem w Polsce pod względem historii i architektury, więc w wolnym czasie staram się tę pamięć kultywować — mówi Tomasz Stamirowski.

Nieskończona historia. Avallon to spory jak na krajowe warunki fundusz, specjalizujący się w transakcjach MBO, czyli wykupach menedżerskich. Dotychczas pozyskał od inwestorów ponad 200 mln EUR — jego zespół znalazł, wybrał i rozwinął takie projekty, jak Velvet, Meyra czy Good Food. Gdy ma się własny fundusz i co miesiąc trzeba się angażować w działalność operacyjną kilkunastu spółek i analizować dziesiątki propozycji, łatwo popaść w pracoholizm. Jak tego uniknąć? Jedną z pasji Tomasza Stamirowskiego jest kolekcjonowanie akcji. Nie chodzi jednak o kupowanie firm, tylko o cenne dokumenty przedwojennych spółek.

— Jestem członkiem Stowarzyszenia Kolekcjonerów Papierów Wartościowych, któremu świetnie przewodzi Leszek Koziorowski. Wygląda na to, że mam największą kolekcję akcji łódzkich spółek w Polsce — przyznaje biznesmen.

Przed wojną w samej Łodzi było 186 spółek akcyjnych — w zbiorze lidera Avallonu są papiery 52. Najdroższe kupował lata temu po kilka tysięcy złotych, np. akcje emitowane przez Towarzystwo Akcyjne Wyrobów Bawełnianych S. Rosenblatta. Dziś najcenniejsze papiery kolekcjonera są warte dziesiątki tysięcy złotych za sztukę, nie są jednak na sprzedaż.

— Kupuję, nie sprzedaję, lecz trudno dokupić lub znaleźć jakieś nowe, bo albo są w muzeach, albo w zamkniętych bankowych depozytach. Doceniam je, tym bardziej że jestem też w biznesowym Stowarzyszeniu Miłośników Łodzi. Wielu jego członków nabyło pofabryczne nieruchomości dawnych potentatów przemysłu i dało im nowe życie. Historia Łodzi wciąż się dzieje — twierdzi Tomasz Stamirowski.

Papier jak lustro. O historii pięknych graficznie i osiągających rozmiary A3 akcji lub obligacji potrafi rozprawiać godzinami, szczególnie gdy mowa o firmach, które odcisnęły swoje piętno na Łodzi. Choć włókiennictwo w tym mieście to już przeszłość, zapoczątkowany wówczas rozwój miasta wciąż procentuje.

— Te kawałki papieru doskonale pokazują sposób myślenia ówczesnych właścicieli i menedżerów i to, jak ich firmy były ważne społecznie lub jak głębokie były napięcia w ówczesnej Polsce. Weźmy akcje Chrześcijańskiego Domu Handlowego Jarmark Łódzki ozdobione hasłami w stylu „Wyrwijmy nasz handel z rąk obcych”. Z drugiej strony jest Widzewska Manufaktura, której pracownicy założyli podwaliny dzisiejszego sportowego Widzewa, mojego ukochanego klubu. Nieruchomości po tej firmie są obecnie w rękach jednego z założycieli Murapolu, który rozpoczął tam wielką inwestycję. Historia Manufaktury wciąż więc napędza Łódź. To fascynujące — uważa inwestor.

Serce kibica. Widzewska pasja napędza także Tomasza Stamirowskiego. Biznesmen ma w pamięci wszystkie wielkie, międzynarodowe sukcesy klubu, obserwował je na żywo. Zaangażował się w podnoszenie z kolan wielkiego Widzewa.

— XXI wiek to nie jest dla klubu pasmo sukcesów — przeżył dwie upadłości i walczy o powrót do Ekstraklasy. Działam aktywnie w Stowarzyszeniu RTS Widzew. Dołączyłem do niego, by pomóc w rozmowach z Murapolem, który miał być strategicznym inwestorem. Odpowiednie ustrukturyzowanie umów było potrzebne, by zabezpieczyć interes klubu — jeśli się tego nie robi we właściwy sposób, to można wylądować w takiej sytuacji, jaką przeżyła Wisła Kraków. Dla mnie aktywność w Widzewie jest oczywiście zderzeniem z innymi realiami, jednak zarówno w biznesie, jak w klubie trzeba wykonać olbrzymią i systematyczną pracę u podstaw, nim przyjdą efekty. Klubowi mocno kibicuję i moim marzeniem jest, by Widzew wrócił tam, gdzie jego miejsce — czyli nie tylko awansował do Ekstraklasy, lecz także bił się o najważniejsze trofea i był dobrze zorganizowanym klubem z silnymi wartościami — mówi Tomasz Stamirowski, słynący z doskonałej pamięci, która w rozmowie z „Pulsem Biznesu” zawiodła go tylko raz — gdy nie mógł sobie przypomnieć meczu Widzewa, którego nie oglądałby w ostatnich latach z trybun stadionu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcel Zatoński

Polecane