Czytasz dzięki

Pseudodebata z niezłym odlotem

opublikowano: 18-06-2020, 22:00

Ostatni weekend kampanii wyborczej przyniesie rekordowy wysyp obietnic zarówno czołówki, jak też ogona peletonu.

Nadal jednak brzmią echa występu jedenastu kandydatów w studiu TVP w środowy wieczór. Bez logicznej podstawy ów event nazwany został… debatą, chociaż miał nudną formułę jedenastu monologów, przerywanych wyjątkowo bezmyślnymi pytaniami funkcjonariusza rządowej stacji. Kodeks wyborczy nie mówi ani słowa o jakichkolwiek debatach kandydatów na prezydenta RP, jedynie o gratisowym rozpowszechnianiu audycji wyborczych przez nadawców publicznych. Ściągnięta z USA idea debat ma sens wyłącznie w relacji jeden na jednego, czyli przed drugą turą.

W stosunku do podobnego
eventu przed 10 maja, tym razem pytania od TVP były wyjątkowo bezmyślne.
Zobacz więcej

W stosunku do podobnego eventu przed 10 maja, tym razem pytania od TVP były wyjątkowo bezmyślne. Jan Bogacz/Forum

Ten, kto układał te pytania musiał mieć niezły odlot. To zdanie autorstwa Władysława Kosiniaka-Kamysza mogłoby być najlepszym komentarzem do pseudodebaty TVP. Kandydat PSL wypowiedział je, gdy usłyszał pytanie dotyczące podobno gospodarki. Brzmiało ono: „Złoty czy euro? A jeśli wspólna waluta, to kiedy?”. To odgrzewany kotlet, już strasznie nieświeży i niemający nic wspólnego z palącymi, realnymi problemami polskiej gospodarki. Przecież od 2015 r. tzw. dobra zmiana zlikwidowała struktury przygotowujące Polskę do euro zarówno w rządzie, jak też w Narodowym Banku Polskim. Poza tym Konstytucja RP w art. 227 wyklucza jakikolwiek inny, poza NBP, walutowy podmiot decyzyjny czy emisyjny. Pochodzi z 1997 r., zatem w ogóle nie uwzględnia członkostwa Polski w UE, podobnie zresztą jak w NATO, zaś na choćby tknięcie jej zapisów nie ma żadnych szans.

Pytanie było prowokacyjne i absurdalne, ale odpowiedzi głównych rywali warto upowszechnić. Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski zgodnie przypomnieli, że Rzeczpospolita Polska zobowiązała się do przyjęcia wspólnej waluty w traktacie o akcesji do Unii Europejskiej, zatwierdzonym w referendum 7-8 czerwca 2003 r. Obaj byli posłami do Parlamentu Europejskiego, chociaż nie kolegami z tej samej kadencji. Pewien wątek życiorysów mają jednak wspólny, otóż pięcioletniej kadencji w Brukseli/Strasburgu nie dokończyli. Rafał Trzaskowski sprawował mandat w latach 2009-13 i przedterminowo wrócił na stanowisko ministra administracji i cyfryzacji. Andrzej Duda zaliczył tylko rok w okresie 2014-15, no ale wrócił na fotel prezydenta RP… W środę wypowiedzieli się w kontekście traktatu bardzo podobnie. Duda słowami „na szczęście termin przyjęcia euro nie został dla nas określony”, zaś Trzaskowski chwilę później „na szczęście nie mówi kiedy”. Ich zgodność co do faktów to żaden news, ale użycie identycznego zwrotu „na szczęście” ma wielkie znaczenie, zwłaszcza w ustach Trzaskowskiego. Przy czym kandydat KO podkreślił bardzo ważną okoliczność, że obecnie na wejście Polski do strefy euro nie jest gotowe ani nasze państwo, ani też — co niesłusznie pomijamy — sama UE.

Skopiowanie frazy „na szczęście” naturalnie przypomniało mi teorię konwergencji. Była ona popularna w czasach ostrej konfrontacji ideologicznej Wschodu z Zachodem. Opierała się na tezie o stopniowym doganianiu przez kraje biedniejsze bogatszych, co obecnie stało się jednym z głównych celów UE. Drugą nogą konwergencji było upodabnianie się gospodarek, a w ślad za tym — ustrojów. Dla obozu komunistycznego była to burżuazyjna herezja, ostro zwalczana. Nasza obecna kampania przebiega w atmosferze zimnowojennej, zatem sygnał przenikania się i upodabniania opinii głównych rywali choćby w kwestii euro naprawdę wart jest odnotowania.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane