Publiczne przetargi straciły wzięcie

opublikowano: 25-08-2017, 15:40

Firmy budowlane przestały się interesować zamówieniami publicznymi – narzekają samorządowcy. Winne są dobra koniunktura w budowlance i demografia.

Niby w gospodarce wszystko się kręci – rosną płace, niektóre branże są na fali, przyspieszyły inwestycje, finansowane w dużej mierze z funduszy w ramach perspektywy unijnej na lata 2014-20. Ale nie wszyscy są zadowoleni – to ożywienie boleśnie odczuły samorządy. Burmistrzowie, prezydenci i wójtowie niektórych gmin narzekają, że doprowadzenie dziś do szczęśliwego finału jakiegokolwiek zamówienia publicznego na roboty budowlane graniczy z cudem. Firmy nie mają wolnych rąk do pracy, a od kilku miesięcy ceny w przetargach znacząco idą w górę. 

Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Sol
Zobacz więcej

Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Sol ARC

– Sytuacja zaczyna robić się dramatyczna – zauważa Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli.

Jeszcze na początku roku Nowa Sól, niewielkie miasteczko w woj. lubuskim (ma ok. 40 tys. mieszkańców), z rozmachem planowało nowe drogi i remonty. Tymczasem okazuje się, że nie ma chętnych do ich realizacji. Niemal każdy przetarg, który w ostatnim czasie ogłaszała gmina, trzeba było powtarzać (niektóre nawet trzykrotnie). Nie udało się nawet znaleźć wykonawcy na jedną z najbardziej spektakularnych inwestycji w historii miasta – rewitalizację starej fabryki nici Odra. 

– Jeśli już ktoś się zgłasza, oferty często przekraczają nasze możliwości finansowe. A bywa, że ogłaszamy zamówienie publiczne, a nie wpływają żadne. Czasem wręcz dzwonimy i prosimy wykonawców, żeby wzięli udział w jakimś przetargu. Mieliśmy nawet sytuację, kiedy wykonawca został już wybrany, ale ostatecznie nie podpisał umowy, bo brakowało mu ludzi – komentuje Wadim Tyszkiewicz.

Nieurodzaj w gminach

Nie tylko brak chętnych jest problemem – firmom najwyraźniej nie zależy już tak bardzo na tym, żeby wygrywać przetargi. Czasy kiedy normą było zaniżanie kosztów, żeby tylko dostać zlecenie od gminy (a w efekcie rażąco niskie ceny w przetargach), na razie minęły.

 – Na tym rynku nie ma już tak ostrej konkurencji, jak kiedyś – jeszcze niedawno firmy budowlane oferowały średnio o 20-30 proc. niższe  niż w kosztorysach, żeby tylko podpisać z gminą umowę. Teraz ceny, jakie proponują, na ogół przekraczają cenę kosztorysową o 20-30 proc. Jeśli gmina chce zrealizować inwestycję musi do niej dołożyć, godząc się na stawkę powyżej tej zapisanej w planach budżetowych. Na razie dotyka to samorządów, ale niedługo wszyscy odczują to na własnej skórze – uważa prezydent Nowej Soli.  

Wtórują mu inni samorządowcy.

– Ta tendencja jest wyraźna. Od kilku miesięcy rynek zamawiającego zaczął zamieniać się w rynek wykonawcy. Jeśli na początku roku w jednym przetargu wpływało kilka, kilkanaście ofert, teraz cieszymy się, gdy pojawi się jedna, dwie oferty. Mamy duże plany inwestycyjne, ale gmina nie ma żadnego wpływu na rynek – narzeka Witosław Gibasiewicz, wiceburmistrz Jarocina (woj. wielkopolskie). 

Ten spadek zainteresowania przetargami komplikuje życie samorządowcom. Dla jednostek samorządu terytorialnego (JST) moment jest kluczowy. W tym roku na inwestycje zaplanowały ok. 50 mld zł – najwięcej od siedmiu lat. W pierwszym półroczu na ten cel wydały 6 mld zł, o 20 proc. więcej niż rok temu w tym samym okresie. 

– Jeśli chodzi o inwestycje samorządowe moment jest newralgiczny również z innego powodu. Jesteśmy w drugiej połowie kadencji, kiedy samorządowcy, po części w związku ze zbliżającymi się wyborami, zwykle zwiększają tempo inwestycji – zauważa wiceburmistrz Jarocina. 

Potrzebni ludzie

Zdaniem Rafała Wojtysiaka, dyrektora operacyjnego w firmie Wojtpol z Kozienic, brak kolejek do udziału w publicznych przetargach nie powinien jednak dziwić. 

–  Zapotrzebowanie na inwestycje publiczne i prywatne jest na granicy możliwości rynku wykonawców. Firmy zapełniły swoje portfele zleceń i aktualnie bardziej skupiają się na realizowaniu już zakontraktowanych umów niż pozyskiwaniu nowych, chociażby dlatego, że nie chcą ryzykować karami umownymi za niedotrzymanie zobowiązań. Efektem tego jest znaczący spadek firm budowlanych biorących udział w przetargach publicznych  – wyjaśnia Rafał Wojtysiak.

Do tego dochodzi kluczowy dziś dla wielu polskich firm problem, czyli brak pracowników. Z najnowszego raportu Work Service „Barometr Rynku Pracy VIII” wynika, że już ponad połowa z nich deklaruje, że miało w ostatnim czasie kłopoty z pozyskaniem wykwalifikowanych pracowników. Aż jedna trzecia właśnie z tego powodu nie jest w stanie zawierać nowych kontraktów z klientami. Jedno na osiem przedsiębiorstw ze względu na niedobory kandydatów było zmuszone rezygnować z inwestycji albo je ograniczać. 

– Od 2013 roku systematycznie maleje liczba dostępnych kandydatów na polskim rynku pracy. To nie tylko efekt spadającego bezrobocia, ale też kurczącej się populacji osób w wieku produkcyjnym i emigracji – zauważa Marcin Ganclerz, specjalista ds. komunikacji w Work Service S.A. To także efekt dobrej koniunktury. 

Problem dostrzegają nie tylko samorządowcy, ale i branża.

– Zwiększenie konkurencyjności firm w przetargach byłoby oczywiście możliwe, gdyby na rynku byli do pozyskania fachowcy budowlani, ale „niestety” polski rynek na dziś wchłonął już wszystkie wolne moce przerobowe, a dotyczy to nie tylko naszej branży. Bez problemu znalazła się praca dla półtora miliona Ukraińców, a to i tak nie wyczerpuje zapotrzebowania – uważa Rafał Wojtysiak.

Rynek wykonawców

Póki co wykonawcy złapali wiatr w żagle. W lipcu, jak pisał niedawno „PB”, produkcja budowlana wystrzeliła o 19,8 proc. r/r. Ekspert rynku budowlanego przewiduje, że jeszcze przez dwa lata to branża, a nie samorządowcy, będą dyktować ceny w zamówieniach publicznych. I nie tylko. 

– Czasy, kiedy trzeba było walczyć o kontrakty w przetargach na razie się skończyły. Po dużym załamaniu produkcja budowlana wróciła do poziomu sprzed 2015 roku. Poza tym, widać wyraźne ożywienie w inwestycjach. Mamy wzrost gospodarczy, a to oznacza, ze firmy inwestują w majątek trwały, np. zakłady i hale produkcyjne. Dobrą koniunkturę mamy też w nieruchomościach – deweloperzy od dwóch lat nie zwalniają tempa i wygląda na to, że nie boją się załamania rynku w najbliższym czasie. Jeśli dodamy do tego inwestycje infrastrukturalne realizowane w nowej formule "zaprojektuj i zbuduj", to mamy już niemal pełen obraz obłożenia branży budowlanej. To jest właśnie moment, kiedy zaczyna się faza rozpoczęcia budów po serii przetargów na inwestycje drogowe z unijnym dofinansowaniem, które ruszyły w nowej perspektywie finansowej UE, mniej więcej półtora roku temu. O inwestycjach kolejowych już nawet nie wspominam. To wszystko przyczynia się do tego, że wykonawcy nie muszą dziś szukać zleceń, bo jest duży popyt na ich usługi– mówi Rafał Wojtysiak.

I puentuje: inwestorzy muszą się przyzwyczaić i zaakceptować to, że po latach taniego budowania będą musieli sięgnąć trochę głębiej do kieszeni.

 

OKIEM SAMORZĄDOWCA

Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli

 CIEMNA STRONA OŻYWIENIA

 Na rynku brakuje rąk do pracy, więc płace idą w górę, a co za tym idzie rosną koszty inwestycji. Za każdą drogę czy remont szkoły zapłacimy więcej. Wkrótce będziemy musieli też podnosić płace urzędnikom, żeby nie uciekli do prywatnych firm. Te samorządy, które się na to nie przygotowały, będą musiały podnosić podatki, żeby się dalej rozwijać albo rezygnować z inwestycji. Nową Sol ratują podatki od nieruchomości, bo w ostatnim czasie mocno zabiegaliśmy o budowę hal produkcyjnych w naszej gminie. Warto jednak mieć świadomość tego, że to co się dzisiaj dzieje nie zmierza ku dobremu. Gospodarka niedługo się przegrzeje. Niedługo będzie tak, że firmy będą schodzić z placów budowy przed oddaniem inwestycji, bo w trakcie zabraknie rąk do pracy - mówi Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli. 

 

 

 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Aleksandra Rogala

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Samorządy / Publiczne przetargi straciły wzięcie