Rachunek za tanie przetargi

opublikowano: 12-03-2018, 22:00

Nad 100 tys. przedsiębiorców wisi widmo zapłaty 19 mld zł, bo państwo chciało przyoszczędzić na zamówieniach. Firmy cięły koszty pracownicze — teraz ściga je ZUS

Kto tanio płaci, dwa razy płaci. To samo dotyczy „taniego” państwa — z tą różnicą, że państwo płaci z kieszeni przedsiębiorców. W 2008 r. weszło w życie nowe prawo zamówień publicznych, które zniosło przepis o waloryzacji kontraktów o koszt rosnących wynagrodzeń po stronie wykonawcy. Dla zamawiających, m.in. administracji publicznej i służby zdrowia, zmiana była wygodna, bo zleceniodawca z góry mógł zabukować określoną pulę pieniędzy na kilkuletni kontrakt. Dla przedsiębiorców sztywna stawka w pierwszym lub nawet drugim roku kontraktu nie stanowiła problemu. Później zaczęły się schody.

ZUS, którym kieruje Gertruda Uścińska, znając specyfikę sytuacji, zastanawiał się, czy kontrolować sektor outsourcingowy, ale doszedł do wniosku, że wszystkich przedsiębiorców musi traktować jednakowo.
Zobacz więcej

WSZYSCY SĄ RÓWNI:

ZUS, którym kieruje Gertruda Uścińska, znając specyfikę sytuacji, zastanawiał się, czy kontrolować sektor outsourcingowy, ale doszedł do wniosku, że wszystkich przedsiębiorców musi traktować jednakowo. Fot. Marek Wiśniewski

Przy średniej rentowności, jaką można uzyskać w przetargu na poziomie 5 proc., wzrost kosztów pracy powyżej marży oznacza, że firma do umowy musiałaby dopłacać. Żeby wyżyć z kontraktów (a wielu przedsiębiorców zostało zaskoczonych zmianą przepisów już po podpisaniu umów), trzeba było szukać kosztów do cięcia. Pod lupę trafił czynnik o największym wpływie na marżę, czyli koszty wynagrodzeń. Szybko znalazł się sposób na ich obniżenie. Zgodnie z przepisami z 1997 r., w przypadku umów-zleceń pełną składkę na ZUS należy odprowadzić od pierwszej umowy, od drugiej już nie.

30 mld zł oszczędności…

To właśnie wtedy zaczął się wysyp umów śmieciowych. W 2008 r. było ich 580 tys., w 2016 r. — ponad milion. W firmach ochroniarskich, sprzątających, kateringowych nastąpił masowy transfer pracowników z umów o pracę na cywilnoprawne. Widział to ZUS, widział rząd, ale nikt nie reagował. Znane są wręcz przypadki interpretacji wydawanych przedsiębiorcom, że płacą pracownikom zgodnie z przepisami. Rząd był zresztą głównym beneficjentem optymalizacji kosztowej w firmach, ponieważ dzięki niskim kosztom oferentów mógł wylicytować naprawdę niskie stawki.

— Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w przetargach w Polsce liczy się głównie cena, można sobie wyobrazić, jak wyżyłowane były kontrakty państwowe — mówi jeden z naszych rozmówców, znający sprawę.

Kilka miesięcy temu Federacja Pracodawców Polskich w dwóch niezależnych firmach zleciła przygotowanie raportu o finansowych skutkach zmiany w ustawie o zamówieniach oraz konsekwencjach dla rynku pracy i systemu emerytalno-rentowego. Z szacunkowychdanych wynika, że w latach 2008- -16 administracja centralna, samorządowa, służba zdrowia i służby mundurowe zaoszczędziły w ten sposób na kontraktach realizowanych w ramach zamówień publicznych 30 mld zł.

…19 mld zł zaległości…

Patologiczny układ na rynku zamówień publicznych skończył się, a przynajmniej mocno ograniczył w 2016 r., gdy wprowadzono waloryzację kontraktów oraz obowiązek zatrudniania pracowników na umowach o pracę (jeśli charakter zlecenia tego wymaga), a także ozusowano umowy- -zlecenia do wysokości minimalnego wynagrodzenia. Poza tym rząd wprowadził minimalną stawkę godzinową. Dla przedsiębiorców, którzy w przeszłości brali zlecenia od państwa, sprawa się jednak nie skończyła. W ubiegłym roku ZUS zaczął pukać do firm z sektora outsourcingowego, żądając wyrównania składek od umów cywilnoprawnych za ostatnie pięć lat. — Stanowisko ZUS jest takie, że pierwsza umowa była pozorna i w związku tym pełną składkę należy odprowadzić od drugiej — wyjaśnia jeden z naszych rozmówców.

Decyzja ZUS oznacza konieczność odprowadzenia wyższej składki. W grę wchodzą niebagatelne kwoty — jak wynika z raportów FPP, gdyby od wszystkich umów cywilnoprawnych trzeba było zapłacić wyższy ZUS, przedsiębiorcy musieliby wysupłać dodatkowo… 19 mld zł. — Skala problemu jest ogromna, bo może dotyczyć nawet 100 tys. firm. Oczywiście nie wszystkie zostaną skontrolowane, bo pracownicy ZUS zajrzą do 5-10 proc. sektora, ale dla kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy przedsiębiorstw dodatkowe domiary z tego tytułu oznaczają widmo bankructwa — mówi osoba zaangażowana w sprawę. Nie ma w tym stwierdzeniu specjalnej przesady, znane są bowiem przypadki domiarów w wysokości 2/3 rocznych przychodów, a nawet wyższe. To katastrofa zwłaszcza w niskomarżowej branży, dla której udźwignięcie samych kosztów „zrewaloryzowanych” składek to duży problem, nie mówiąc o grzywnach.

…i 3 warunki ratunku

Problem jest — i to duży, skoro zajął się nim rząd. Sprawą zajmują się resorty pracy i przedsiębiorczości. Negatywny PR związany z sankcjami i bankructwami firm — które może i optymalizowały koszty, ale pod dyktando państwa — nie jest rządzącym na rękę. Chodzi przy tym o sektor zatrudniający dziesiątki tysięcy osób. Z drugiej strony nie można nakazać ZUS, żeby przymknął oko na sprawę. W zakładzie długo trwały dyskusje, czy brać się za outsourcing, czy nie. Stanęło na tym, że wszystkich przedsiębiorców trzeba traktować jednakowo. Z pomocą rządowi przyszły organizacje pracodawców, które od dłuższego czasu wspólnie ze związkami zawodowymi szukają wyjścia z sytuacji. Związkowcy zasiedli przy stoliku, bo problem dotyczy też pracowników. Po pierwsze, na ich kontach emerytalnych zostały zapisane niższe składki, niż być powinny. Ale jest też druga strona medalu: przedsiębiorca, któremu ZUS nakaże zapłatę wyższej stawki, ma prawo do regresu, bo przecież składki emerytalno-rentowe opłacane są z kieszeni pracodawcy i zatrudnionego.

— Zapis na kontach emerytalnych ma charakter księgowy. 19 mld zł, o których mowa, to kwota wirtualna, wartość potencjalnych roszczeń ubezpieczalni wobec firm, a nie faktyczna dziura w kasie ZUS. To jest punkt wyjścia do rozmów na ten temat — mówi nasz rozmówca. Organizacje przedsiębiorców przygotowały trzypunktową propozycję rozwiązania problemu. Po pierwsze, żeby znaleźć pieniądze na zaspokojenie roszczeń ZUS, proponują pełne ozusowanie umów cywilnoprawnychz limitem na pułapie 30-krotności przeciętnego wynagrodzenia. Z tych pieniędzy zostaną zrealizowane zapisy punktu drugiego: zwiększenie stanu kont emerytalnych pracowników o kwoty, jakie wynikałyby z ozusowania dawnych umów cywilnoprawnych na poziomie minimalnego wynagrodzenia. — Ozusowanie umów cywilnoprawnych zwiększy wpływy FUS o 2 mld zł rocznie. Z tych pieniędzy zostałyby dofinansowane emerytury pracowników sektora — wyjaśnia nasz rozmówca. I wreszcie punkt trzeci propozycji: odstąpienie od karania przedsiębiorców z sektora outsourcingowego.

Strona społeczna pracuje nad szczegółami propozycji i do końca tygodnia ostateczna wersja ma zostać podpisana przez pracodawców i związkowców. Następnie dokument trafi do rządu. — Problem jest poważny — o potencjalnie bardzo dużych skutkach dla gospodarki. Mamy do czynienia z tykającą bombą, którą trzeba rozbroić. Chcielibyśmy wypracować ze stroną społeczną korzystne dla wszystkich rozwiązanie, ale nie jednorazowe, lecz systemowe, wpisujące się mocno i pozytywnie w cywilizowanie polskiego rynku pracy — mówi przedstawiciel kancelarii premiera, zastrzegając sobie anonimowość.

100 tys. Tyle firm może mieć problem z ZUS w związku z umowami cywilnoprawnymi.

1,5 mln Tylu pracowników może być zmuszonych do zapłaty wyższej składki od umów zawartych w przeszłości.

19 mld zł Taka jest szacunkowa wartość zaległych składek, których ZUS może zażądać od firm.

30 mld zł Tyle państwo zaoszczędziło na zbijaniu cen w przetargach.

 

 

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Rachunek za tanie przetargi