Raczej rozejm niż kompromis

opublikowano: 01-02-2012, 00:00

UNIA EUROPEJSKA

Zgodnie z klasyczną definicją kompromis jest porozumieniem, z którego żadna strona nie jest zadowolona. Na pierwszy rzut oka warunek ten wzorcowo spełnia poniedziałkowa decyzja Rady Europejskiej o zasadach organizowania szczytów Eurolandu. Na pozycjach wyjściowych okopali się prezydent Nicolas Sarkozy, który w ogóle nie przewidywał obecności kibiców, i premier Donald Tusk, który z kolei nie wyobrażał sobie nieuczestniczenia, choćby w roli widowni, państw kandydujących do strefy euro. W Brukseli zawarto raczej rozejm niż kompromis. Wobec własnego społeczeństwa każdy pyszni się pełną, z jego punktu widzenia, połówką szklanki.

Nie ufając politycznym kogutom, spróbowałem zasięgnąć wiedzy źródłowej. Oficjalnym dorobkiem szczytu są dwa dokumenty: „Oświadczenie członków Rady Europejskiej” oraz „Komunikat państw członkowskich strefy euro”. W oświadczeniu o fiskalnym traktacie nie ma ani słowa, dotyczy ono jednolitego rynku oraz małych i średnich przedsiębiorstw. Komunikat zaś zawiera tylko dwa ogólnikowe zdania: „Traktat o stabilności, koordynacji i zarządzaniu w Unii Gospodarczej i Walutowej został ostatecznie zredagowany. Zostanie podpisany w marcu”. Szczegóły na razie okryte są dyplomatyczną tajemnicą, a unijnej ludności pozostaje spijanie półprawd z ust polityków.

Ich zgodność dotyczy tylko piramidalnej konstrukcji, obejmującej trzy poziomy wtajemniczenia. Podstawowym pozostają kwartalne posiedzenia Rady Europejskiej w składzie 27 państw (28, gdy dojdzie Chorwacja). Na poziom drugi od czasu do czasu przechodzi 25 państw, bez Wielkiej Brytanii i Czech (nasi sąsiedzi nie podpiszą traktatu co najmniej do końca prezydentury Vaclava Klausa). I wreszcie najwyższy, dostępny tylko 17 członkom Eurolandu. Kryteria kwalifikacji tematów między poziomem drugim a trzecim są całkowicie płynne i już wywołują słowne konflikty. Tzw. specyficzność spraw całkiem inaczej będą postrzegali prezydent Sarkozy (jeśli po wyborach w ogóle doczeka konsumpcji dzieła) i premier Tusk (doczeka). Rozjemcą z konieczności zostanie przewodniczący rady Herman Van Rompuy (raczej doczeka).

Jeśli traktat fiskalny miałby wejść w życie 1 stycznia 2013 r., będzie wymagał niespotykanego w dziejach UE tempa ratyfikacji. Jego sygnatariusze muszą także wszczepić do prawa narodowego, najlepiej do konstytucji, regułę wydatkową ograniczającą roczny deficyt strukturalny do 0,5 proc. PKB. W tym kontekście wypada docenić sprytne zabezpieczenie, że do wejścia traktatu w życie wystarczy ratyfikowanie przez 12, a nie przez komplet 17 państw Eurolandu. Różnicę 5 przyjęto nieprzypadkowo, otóż właśnie taka jest liczebność grupy PIIGS, czyli najbardziej zadłużonych tzw. świnek, których społeczeństwa z góry odrzucają bolesne wyrzeczenia. Niezaakceptowanie fiskalnego kagańca w Grecji, Portugalii, Hiszpanii, we Włoszech oraz w obowiązkowo referendalnej Irlandii zostało z góry wkalkulowane. Ale jeśli pęknie jeszcze jedno słabe ogniwo, na przykład Słowacja, to wówczas — używając terminologii brydżowej — leżymy bez jednej i cały wylicytowany traktat pada…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane