Coraz więcej samochodów, złe drogi i wzrastająca liczba wypadków. Wspaniały rynek na fotoradary? A jednak nie.
Pierwszy miernik prędkości samochodów wyprodukował w 1974 r. Zakład Urządzeń Radiolokacyjnych Zurad z Ostrowi Mazowieckiej (wchodzący w skład Centrum Naukowo-Produkcyjnego Elektroniki Profesjonalnej Radwar). Cztery lata później Urząd Patentowy zarejestrował znak towarowy słowny „Zurad”.
Szło coraz lepiej. Specjalnością zakładu był sprzęt radiolokacyjny — radarowe mierniki prędkości i morskie radary nawigacyjne. Zmianę profilu produkcji przyniosły lata 90., kiedy Zurad wprowadził na rynek pistoletowy radar drogowy dla policji o nazwie Rapid.
— Sprzedawaliśmy do 300 sztuk rocznie. W 1998 r. na VI Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego w Kielcach Rapid zdobył nagrodę za walory użytkowe i ekonomiczne, później wyróżnienie Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Stawaliśmy się coraz potężniejszym graczem w branży elektronicznej — wspomina Zbigniew Sztabik, dyrektor ds. techniki i produkcji w firmie Zurad.
Za ciosem
Firma nie spoczęła na laurach i w 1997 r. opracowała pierwszy w Polsce radar cyfrowy o nazwie Fotorapid. W odróżnieniu od swojego poprzednika zapisuje on zdjęcia w formacie cyfrowym. Przez kilka lat Zurad wzbogacał swoje cacko o dodatkowy osprzęt. Taki fotoradar uchwycił naszego redakcyjnego kolegę podczas nieprzepisowej jazdy w gminie Sadki. Na przesłanym po blisko trzech miesiącach z mandatem zdjęciu było widać datę, godzinę i miejsce wykroczenia, numer rejestracyjny samochodu, prędkość, z jaką się poruszał i z jaką powinien jechać. Dzięki doskonałej jakości radaru można było też sprawdzić, czy kierowca miał zapięte pasy, rozmawiał przez telefon komórkowy, a także czy włączył światła. Jedyną „niewiadomą” na fotografii był siedzący obok pasażer — dla uniknięcia ewentualnych kłopotliwych pytań („Rysiu, a kto to jest ta blondynka obok ciebie?”) straż gminna w Sadkach zakryła jego sylwetkę.
Winowajca miał szczęście. Przekroczył prędkość o 12 km/h i zapłacił 50 zł. Maksymalna kara teoretycznie mogła sięgnąć nawet tysiąca złotych.
Atuty nowoczesnego fotoradaru cyfrowego docenił poważny klient. W 2003 r. Zurad wygrał przetarg na dostawę 39 zestawów tych urządzeń o łącznej wartości prawie 5 mln zł dla Komendy Głównej Policji.
— Wykonaliśmy trzy wersje fotoradaru cyfrowego — stacjonarną do montowania na słupach, mobilną na trójnogu i do zabudowy w samochodzie. Prowadzimy także ich serwis, szkolenia z obsługi (wliczone w cenę zakupu) i zbieramy uwagi klientów, które pomagają w tworzeniu jeszcze lepszych projektów — wyjaśnia Zbigniew Sztabik.
Trudna branża
Niestety, w kraju jest bardzo mały popyt na fotoradary — na stałe zamontowano ledwie około 100 sztuk. Dla porównania w Niemczech — około siedmiu tysięcy, w Anglii 10 tys., a w Czechach trzy tysiące. Do niedawna jedynym użytkownikiem tych urządzeń była policja. Straż gminna zdobyła takie uprawnienia dopiero w 2003 r. na podstawie rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji z 17 grudnia 2003 r.
— To bardzo wąski krąg odbiorców, który nie sprzyja rozwojowi firm produkujących fotoradary — tłumaczy Zbigniew Sztabik.
Gminom nie starcza pieniędzy na zakup i obsługę fotoradarów. Policji brak ludzi do papierkowej roboty, m.in. obróbki zdjęć z fotoradarów, ich wydrukowania, ustalenia danych kierowcy i wypisania wezwania.
Kto może zyskać
Lepiej bywa ze strażą miejską. Pieniądze z nałożonych przez nią grzywien są w części odprowadzane do kasy miejskiej, a ta z kolei utrzymuje straż. Wydawać by się więc mogło, że na kupnie fotoradarów mogą najbardziej skorzystać lokalne władze samorządowe. Koszty zakupu aparatów zwracają się przecież szybko.
— Wypożyczyliśmy warszawskiej straży miejskiej kiedyś radar wart 120 tys. zł. Ustawiliśmy go na prędkość od 100 km/h przy ograniczeniu do 70 km/h. Tak więc przekroczenie progu 100 km/h kosztowało prowadzącego pojazd 500 zł. W godzinę urządzenie zrobiło 120 zdjęć. Radar zarobił więc 60 tys. zł. W 20-tysięcznym miasteczku zainwestowane pieniądze zwracają się po dwóch, trzech miesiącach — przekonuje Zbigniew Sztabik.
Jest jednak jedna, ale za to poważna przeszkoda w tym biznesie. Mandat wystawić łatwo, gorzej go wyegzekwować. Zajmują się tym urzędy miast i gmin oraz urzędy skarbowe, które też mają pełne ręce roboty. Nie potrafią nawet powiedzieć, jaka jest procentowa ściągalność mandatów za przekroczenie prędkości. A nikt inny, zgodnie z prawem, nie ma takich uprawnień. Może rynek fotoradarów ożywiłby się, gdyby prywatne firmy mogły zająć się wystawianiem i ściąganiem mandatów?
Mimo to Zurad nie rezygnuje z branży i wierzy, że przyjdą lepsze czasy.
— Przypuszczam, że za parę lat liczba fotoradarów wzrośnie do dwóch-trzech tysięcy sztuk. Mam nadzieję, że w większości będzie to nasz sprzęt. Niebawem zostaną ogłoszone wyniki przetargu na fotoradary dla Komendy Głównej Policji. Wierzę, że i tym razem wygramy — mówi Zbigniew Sztabik.
