Na horyzoncie nowy kryzys kubański

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2026-08-27 17:50

Fala rosyjskich prowokacji gwałtownie wzbiera. Dotyka przede wszystkim wschodniego pasa państw NATO sąsiadujących z teatrem działań wojennych, ale już nie tylko.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

O wtorkowej krótkiej wizycie Johna Ratcliffe’a, dyrektora amerykańskiej Centralnej Agencji Wywiadowczej (CIA), w Moskwie na pewno wiadomo tylko tyle, że się odbyła. Współcześnie utajnienie takiej podróży wojskowym samolotem Boeing C-17 – nie z floty opatrzonej bijącym z daleka napisem United States of America – nie jest przecież możliwe. O przebiegu rozmów służby obu stron oczywiście milczą, zaś światowa klasa polityczna i media typują domniemaną główną tematykę. W swoim stylu odezwał się rozkazodawca podróży Donald Trump, który stwierdził, że „była w pewnym sensie półrutynowa”, i ocenił że „może coś z niej wyniknąć”. Ogólnikowo, lecz wyraźnie przekierował uwagę opinii publicznej na wojnę Rosji z Ukrainą i ponawiane przez niego działania pojednawcze. Co nie dziwi, wszak pozostaje półtora miesiąca do ogłoszenia, zapewne 10 października, przez komitet parlamentu Norwegii laureata Pokojowej Nagrody Nobla 2026. Świat już zdyskwalifikował i zapomniał o kandydaturze postaci, która 28 lutego rozpętała – z poduszczenia Benjamina Netanjahu – dołującą globalną gospodarkę wojnę z Iranem, ale widocznie Donald Trump wciąż trwa przy swojej mrzonce.

Drugim hipotetycznym tematem wizyty była próba wpłynięcia przez szefa CIA na osłabienie współpracy militarnej Rosji z Iranem. Dla takiego wątku poziom rozmów jedynie szefów służb – Kreml utrzymuje, że Władimir Putin i John Ratcliffe się nie widzieli – byłby jednak za niski. Trzecim prawdopodobnym obszarem, bardzo silnie podnoszonym z naturalną nadzieją przez europejską część Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO), było przekazanie przez szefa CIA jego rosyjskim odpowiednikom konkretnych argumentów za okiełznaniem najróżniejszych prowokacji rosyjskich wobec sojuszu. Ich fala gwałtownie wzbiera, dotyka przede wszystkim wschodniego pasa państw bezpośrednio sąsiadujących z teatrem działań wojennych, ale już nie tylko. Pojedyncze incydenty przesuwają się coraz głębiej w obszar NATO, także do Niemiec, a tylko patrzeć, jak odnotowane zostaną nawet w Wielkiej Brytanii.

Daleki zagraniczny wyjazd szefa CIA był nietypowy, ponieważ rzadko opuszcza on kwaterę główną w Langley pod Waszyngtonem. Dlatego dosyć logiczne jest wyjaśnienie, że rozkaz wyjazdowy Donalda Trumpa – trudno to przecież nazwać zleceniem delegacji – miał charakter mocarstwowej demonstracji Waszyngtonu odstraszającej Kreml i przypominającej, kto pozostaje na świecie militarnym numerem jeden. Niezależnie jednak od spekulacji na temat „półrutynowego” głównego celu bytności Johna Ratcliffe’a pewnikiem pozostaje, że Władimir Putin amerykańskich argumentów się nie przestraszył. Car Kremla coraz bardziej zafascynowany jest możliwościami hipersonicznego pocisku balistycznego Oresznik. Ta superrakieta zdolna jest do przenoszenia także ładunków jądrowych, ale w obecnej fazie konfliktu Władimir Putin akcentuje głównie jego możliwości nieatomowe, czyli konwencjonalne – chociaż samo to określenie brzmi ponuro. Oresznik potrafi omijać nowoczesne systemy obrony powietrznej i razić cele na terenie niemal całej Europy. Widziałem taką wypowiedź cara – przy czym nie mam pewności, czy nie została podrasowana przez AI – w której proponował wizerunkowy eksperyment. Zachód wybrałby jakiś konkretny punkt na europejskim obszarze NATO, oczywiście poligonowy, oddalony, bezpieczny dla mieszkańców, zaś Rosja bardzo precyzyjnie skierowałaby w ten punkt Oresznika, aby wszyscy decydenci polityczni, stratedzy wojskowi, media etc. mogli sobie na miejscu z bliska obejrzeć skutki uderzenia. Wyszłoby to bezpiecznie, bo bez skażenia jądrowego, natomiast dla Zachodu szokująco.

Czarne scenariusze porównują obecną sytuację do pamiętnego tzw. kryzysu kubańskiego. W październiku 1962 r. po potajemnym rozmieszczeniu przez Związek Radziecki na Kubie wyrzutni rakiet bezpośrednio zagrażających USA i wprowadzeniu amerykańskiej blokady morskiej przeciwko płynącym radzieckim statkom z rakietami świat po drugiej wojnie światowej naprawdę był najbliżej konfliktu jądrowego. Na szczęście wtedy Nikita Chruszczow i John Kennedy się opamiętali, zgodnie wycofali wzajemnie nieprzyjazne działania i 13-dniowy kryzys zagrażający istnieniu ludzkości się zakończył. Czy do podobnej powściągliwości obecnie są zdolni Donald Trump i Władimir Putin?