Radosław Sikorski daje lekcję ćwierkania

Były minister spraw zagranicznych jest jedną z najpopularniejszych osób w polskim Twitterze — jego wpisy obserwuje milion osób. Jeśli internetowy detoks, to tylko wymuszony.

ŁUKASZ OSTRUSZKA: Dołączył pan do Twittera w 2010 r., czyli kilka lat po powstaniu portalu. Napisał pan już ponad 30 tys. tweetów. Pana ulubiony? 

Zobacz więcej

Radosław Sikorski

Michal Dyjuk / FORUM

RADOSŁAW SIKORSKI*: Jest kilka takich tweetów. Jeden był… Nie wiem, czy chcę się tym dzielić.  

Robi się ciekawie...  

W szczytowym momencie afery taśmowej poszedłem na badania lekarskie, które są wymagane przy przedłużaniu prawa do posiadania broni. W ich skład wchodzi test psychologiczny i rozmowa z psychiatrą. Lekarz odczytuje standardowe pytania służące do profilowania osób i szukania podejrzanych reakcji. Zadano mi pytanie: czy czuje się pan podsłuchiwany? Odpowiadam: nie, panie doktorze, nie czuję się podsłuchiwany. Oboje zaczęliśmy się śmiać. Umieściłem to w jednym z tweetów, który miał fantastyczną liczbę polubień. Innym razem jakaś pani zainspirowana moim ulubionym ministrem Waszczykowskim napisała do mnie, że nawet college’u nie skończyłem, ale napisała to przez „a”, czyli wyszło collage’u. Odpisałem, że to prawda, ale pani chyba też nie.  

Dwa niezapomniane tweety…  

Jeden jest szczególny, bo chyba był rekordowy. Jak zaczęła się dyskusja o polskich imigrantach w Wielkiej Brytanii, to premier David Cameron dał do zrozumienia, że Polacy pobierają zasiłki i w ten sposób wykorzystują brytyjskich podatników. Napisałem wtedy na Twitterze jako minister, że skoro Brytyjczycy mają naszych podatników, to wypadałoby, żeby wypłacać im świadczenia socjalne. Temat podjęli brytyjscy dziennikarze i ten tweet miał niesamowity zasięg, liczony w kilku milionach.  

Ktoś pana zachęcił do ćwierkania? 

Chyba mój przyjaciel i były premier oraz minister spraw zagranicznych Szwecji Carl Bildt. Był tam przede mną i pokazał mi, jak to działa. Tak kojarzę, ale głowy nie dam.  

Szybko się spodobało? 

Dużym atutem był fakt, że na początku byłem jedynym polskim politykiem na Twitterze. Dziennikarzom podobało się, że mogą bezpośrednio zadać pytanie, a mnie bardzo odpowiadało, że mogę natychmiast coś skorygować, bez potrzeby przygotowywania oświadczeń dla PAP-u lub organizowania konferencji prasowych. Jest to też bardzo poręczna formuła kontaktu z wyborcami.  

Bardzo bezpośredniego.  

Dokładnie tak. Wykorzystywałem też Twitter za granicą. Podczas podróży z pomocą lokalnej ambasady tweetowałem w lokalnym języku, czyli np. po armeńsku, arabsku czy chińsku. To wywoływało duże zainteresowanie. Na Twitterze uprawia się zresztą dyplomację w ścisłym tego słowa znaczeniu, bo jeżeli dwóch ministrów spraw zagranicznych na coś się umawia, to jest to prawdziwa dyplomacja.  

Dyplomacja XXI wieku, nowych pokoleń i nowych technologii. 

Na dobre i na złe.  

No właśnie, czy Twitter dał panu kiedyś tak w kość, że pomyślał pan, żeby skasować konto i dać sobie spokój? 

Nigdy nie byłem nawet blisko decyzji o skasowaniu konta. Kilka razy rozważałem jednak przekazanie go jednemu z moich współpracowników, żeby pisał pod moim kierownictwem, ale jednocześnie filtrował treści. Nigdy tego nie zrobiłem. Mam zasadę, że jeden na tysiąc tweetów może być nietrafiony, nieudany albo kontrowersyjny. Wielka Brytania zachęca dyplomatów do używania mediów społecznościowych, ale przyjmuje, że 2-3 proc. wpisów może być nieudanych. To zawsze jest jakiś dylemat. Jak chce się być ciekawym i zadziornym w tak skrótowej formie, to nie ma siły i czasem trzeba mieć wpadkę.  

Ma pan już ponad milion obserwujących osób na Twitterze. Jakie są rady dla tych, którzy chcą tweetować i angażować odbiorców.  

Zaczynałem jako minister, więc powiedzmy sobie szczerze, że miałem ułatwiony start. Sprawowanie funkcji publicznej wywołuje społeczne zainteresowanie. Miałem też fory ze względu na to, że byłem przecież jednym z pierwszych, którzy w polityce używają tego narzędzia. Wydaje mi się, że kluczowe jest to, żeby ludzie czuli, że ta obecność jest autentyczna. Pomogło mi też to, że byłem, a w pewnym sensie nadal jestem, dziennikarzem. Piszę więc tweety jak nagłówki. Kolejnym atutem jest brytyjskie wykształcenie, bo tam na filozofii uczono nas przekazywać maksimum treści poprzez minimum słów. Angielski jest w tym sensie bardziej skrótowy i treściwy. Staram się też być szczodry w polecaniu ciekawych myśli, artykułów, linków z innych źródeł. Ludzie to odwzajemniają. Mam specyficzne poczucie humoru, które jednym się podoba bardziej, innym mniej, ale do Twittera chyba pasuje.  

Kogo podziwia pan za prowadzenie swojego konta, a kogo gani? 

Częściową odpowiedź ma pan na moim Twitterze, bo widać tam, kogo obserwuję. Staram się śledzić nie więcej niż 100 kont, ale niestety mam około 150 i — moim zdaniem — jest to maksymalna  liczba, aby z uwagą je obserwować. Na liście są think tanki, publicyści, których cenię, kilka organizacji międzynarodowych i gazet, a także politycy. Łatwiej mi powiedzieć, komu zazdroszczę jego Twittera. Barack Obama ma 102 mln obserwujących.  

Rzeczywiście jest chyba wzorem w sposobie prowadzenia konta.  

Tak, ale doświadczenie zdobył będąc prezydentem. Może sobie pozwolić na stonowany styl i porównywać to, co jest tu i teraz, z tym, co było kiedyś. To samo robi Donald Tusk.  

Co sądzi pan o Donaldzie Trumpie? Zasługuje na jedynkę? 

Nie cenię polityków, którzy kłamią albo grają na najgorszych instynktach i emocjach. Prezydent Trump robi na Twitterze to, co w realu. Przez jakiś czas śledziłem jego konto, ale doszedłem do wniosku, że się nie da. Mam zbyt wiele szacunku do urzędu prezydenta Stanów Zjednoczonych, żeby codziennie się zastanawiać ile dziś było kłamstw. To szerszy problem, pokazujący, jak media społecznościowe mogą być stosowane przeciwko demokracji. Kiedyś myśleliśmy, że internet da nam wolność, bo jeśli wszystko będzie dostępne i transparentne, to demokracja utrzyma przewagę. Niekoniecznie tak jest.  

Okazało się, że jest też druga strona medalu.  

Co więcej — dowiadujemy się, że kraje autorytarne uzyskują przewagę, bo mogą wchodzić w naszą sferę społecznościową, swojej nie udostępniając. Przecież organizują akcje trolli wpływające nawet na wynik wyborów. Nie trzeba nawet zmanipulować 30 proc. wyborców, wystarczy mały odsetek w kluczowym dla wyniku rejonie. Kilka lat temu zacząłem walkę o ucywilizowanie internetu i ona zaczyna dawać jakieś efekty. Czasem komentarze pojawiające się na forach i na portalach takich jak Twitter są nie do przyjęcia. I niby dlaczego fakt korzystania z technologii miałby dawać rozpowszechniającym te słowa immunitet prawny przed odpowiedzialnością za słowo.  

Co można zrobić, żeby media społecznościowe nie niszczyły demokracji? 

Każdy wspaniały wynalazek po jakimś czasie pokazuje ciemną stronę i jest w końcu regulowany prawnie. Kodeks drogowy powstał po około 25 latach od wynalezienia samochodu. Co można zrobić? Po pierwsze, Polska powinna być częścią międzynarodowej dyskusji i być jednym z czołowych głosów. Po drugie, koszty regulacji mediów społecznościowych powinien ponieść ten, kto na tym zarabia. Firmy technologiczne zarabiają gigantyczne pieniądze, więc najwyższy czas, żeby zaczęły mocno inwestować w filtrowanie, blokowanie i usuwanie niewłaściwych, niezgodnych z prawem treści. Przecież nie mówimy tylko o tym, że komuś zrobiło się przykro, ale ludzie popełniają samobójstwa przez to, co czytają o sobie. Tracą pracę albo nie dostają jej ze względu na to, co ktoś o nich napisze. Sytuacja jest absurdalna, bo jeśli ktoś napisze coś w jakiejś gminnej gazetce o nakładzie 400 egzemplarzy, to odpowiada prawnie, a jeśli napisze w sieci, gdzie czytają to miliony osób, to nie.  

Wiemy czym zajmował się pan w przeszłości. Teraz wydał pan książkę. Jaka będzie przyszłość?  

Książka właśnie się ukazała i od razu wskoczyła na listę bestsellerów Empiku. O spotkaniach autorskich informuję na Twitterze i w tym sensie znowu to medium okazuje się bardzo przydatne. To lepsze niż wysyłanie komunikatów. Myślę już o kolejnej.  

Znowu o polityce? 

Najnowszą książkę napisałem o kulisach polskiej dyplomacji, ponieważ byłem najdłużej urzędującym ministrem spraw zagranicznych od czasów przedwojennych. Media i publicystyka nam zgłupiały i przeciętny obywatel nie jest w stanie dowiedzieć się dziś, co robi polski minister spraw zagranicznych i jak się robi politykę zagraniczną. Widzę, że kolejne ekipy wchodzą do MSZ i rozpoznają bojem. Uważam, że jesteśmy poważnym krajem, w którym powinniśmy budować na pracy poprzedników, a nie być wiecznym noworodkiem jako państwo. Napisałem też tę książkę po to, żeby podziękować ekipie w MSZ i uświadomić moim następcom, że wprawdzie wydaje im się, że wszystkie rozumy pozjadali, są pierwszymi i ostatnimi patriotami, ale prawie wszystko już było i stoją przed podobnymi dylematami co poprzednicy. Warto znać przeszłość, żeby podejmować lepsze decyzje.  

Na co poświęcał pan ostatnio więcej czasu: pisanie książki czy przeglądanie Twittera?  

Twitter jest dla mnie także rozrywką. Po napisaniu kilku stron książki można zerknąć na to, co tam ludzie ćwierkają, i parę ciosów wyprowadzić lub odparować, a następnie wrócić do pisania. To jest szybkie i fajne. Pozwala łatwo pozostać w toku bieżących wydarzeń. 

Mam nadzieję, że nie ma pan syndromu uzależnienia od Twittera.  

Wszyscy to chyba mamy, ale oczywiście mam przymusowe detoksy. Lecąc za ocean muszę często wyłączyć smartfon, bo nie wszystkie linie mają WiFi. Dlatego staram się ograniczać liczbę śledzonych kont, ponieważ gdy jest ich za dużo, to człowiek ma poczucie bycia ciągle w niedoczasie.  

Rozmawiał Łukasz Ostruszka 

*Radosław Sikorski - polityk, dziennikarz, pasjonat Twittera. Absolwent Uniwersytetu Oksfordzkiego (Bachelor of Arts, Master of Arts), kierunek: filozofia, nauki polityczne i ekonomia. Były minister obrony i spraw zagranicznych, a także były marszałek Sejmu. Ostatnio wydał książkę pt. „Polska może być lepsza”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał Łukasz Ostruszka

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Radosław Sikorski daje lekcję ćwierkania