Malejące limity na połów dorszy, dodatkowe kary za ich przekroczenie i zakaz połowu łososi gnębią skłóconych rybaków.
Ten rok dla krajowego rybołówstwa będzie bardzo trudny. O przyszłym rybacy wolą nie myśleć.
— Czeka nas zagłada. Nie dość, że co roku zmniejsza się nam limit połowa dorszy, to dodatkowo w najbliższych trzech latach Unia go pomniejszy o 30 proc. — mówi Ryszard Banasik, wiceprezes Krajowej Izby Producentów Ryb.
W tym roku przyznana Polsce kwota 10 tys. ton zostanie pomniejszona o 10 proc.
— Płacz i zgrzytanie zębów. Nikt nas nie broni, a Unia wszelkimi metodami próbuje nas wykończyć. Co gorsza, w środowisku dochodzi do podziałów w walce o limity — mówi Ryszard Klimczak, były wieloletni prezes Stowarzyszenia Armatorów Rybackich.
Rybacy czują się oszukani.
— Nie ma dla nas ratunku. Unia namówiła nas na redukcję floty o 40 proc., skasowaliśmy o wiele więcej jednostek. Jednocześnie cały czas zmniejsza się nam limity i nasyła inspektorów. Łowienie większych ilości było jedynym sposobem na przeżycie. Najbliższe dwa lata będziemy konać. 40 ton dorszy w skali roku nie utrzyma kutra — dodaje Ryszard Banasik.
Dodaje, że duże jednostki powyżej 19-20 m mogą sobie poradzić, bo łowią jeszcze śledzie i szproty.
— Mniejsze czeka zagłada, bo przy tak niskich limitach dodatkowo Unia zakazała połowu łososi na pław (w specjalnych sieciach). Zakaz ma służyć ochronie morświna, który na naszych wodach praktycznie nie występuje. Unia wykorzystuje każdą sytuację, by nas pogrążyć — uważa Ryszard Banasik.
Jego zdaniem, takim przykładem może być wyznaczenie przez Komisję Europejską strefy połowów bez limitów w okolicach Bornholmu.
— Z tej możliwości korzystają m.in. Duńczycy i Szwedzi, którzy łowią gdzie indziej, a później przekraczają tylko wolną strefę, żeby mieć podkładkę. My na Bornholm mamy 24 godziny drogi, więc nie ma o czym mówić — dodaje Ryszard Banasik
12
Tyle tysięcy ton dorsza mogli wyłowić rybacy w 2007 r...
10
Ogromna poprawa zysku i szybkie przekroczenie 100 mln zł obrotów — to zapowiedzi nowego „starego” prezesa Rafametu.
Rafamet, producent obrabiarek z Kuźni Raciborskiej, ma pełen portfel zamówień na ten rok i w znacznej części zapełnione moce produkcyjne na 2009 r. W tej sytuacji wyraźne przekroczenie poziomu 100 mln zł obrotów, względem niespełna 92 mln zł w 2007 r., to kwestia bardzo krótkiego czasu. Tak przynajmniej uważa Emanuel Longin Wons, który — jak twierdzi — z powodów politycznych opuścił firmę na ponad rok. Ale od marca ponownie zasiada w fotelu prezesa Rafametu.
— Mamy w branży dobrą koniunkturę i chcemy to wykorzystać. Kilka lat temu postanowiliśmy skoncentrować się na dużych tokarkach i ta strategia zaczyna się sprawdzać — mówi Emanuel Longin Wons.
Tylko w ostatnim okresie Rafamet informował o dużych zleceniach z Wielkiej Brytanii, Japonii, USA, Chin czy Francji. A podobno kolejne, głównie z Dalekiego Wschodu, są w drodze.
Poprzedni prezes — Ireneusz Cela — zapowiadał, że Rafamet jest w stanie przynieść 10 proc. rentowności, co przekładałoby się nawet na 14 mln zł zysku netto.
— To były zbyt optymistyczne deklaracje. To może być cel, ale w dalszej perspektywie. Nie osiągniemy go w ciągu dwóch lat — tłumaczy obecny szef.
Ale i tak, jego zdaniem, w relacji do 2 mln zł zysku w 2007 r., w tym roku nastąpi znaczna poprawa wyniku.
— Pracujemy nad prognozami finansowymi. To będą dobre informacje — zapowiada prezes.
Najpierw jednak ujrzy je rada radzorcza, a potem — pewnie w kwietniu — zostaną podane opinii publicznej.
— Mamy też pomysły na skokowe zwiększenie mocy produkcyjnych. To też znajdzie się w raporcie — zapowiada tajemniczo Emanuel Longin Wons.
Od miesięcy mówi się, że Agencja Rozwoju Przemysłu kontrolująca blisko 47 proc. kapitału Rafametu sprzeda pakiet inwestorowi strategicznemu.
— Rozmawiamy o tym. Wiem, że jesteśmy obserwowani przez potencjalnych inwestorów. Ale agencja pewnie poczeka z transakcją, aż Rafamet pokaże lepsze wyniki — sugeruje prezes.
Jego zdaniem, wycena spółki przy ewentualnym przejęciu musi być znacznie wyższa niż obecne 80 mln zł.