Ratujmy stocznię - byle mądrze i nie za wszelką cenę

Jacek Pochłopień
opublikowano: 2002-06-28 00:00

Pojawiło się światełko w tunelu w sprawie Stoczni Szczecińskiej, i oby nie były to reflektory nadjeżdżającego pociągu. Wiele wskazuje na to, że część przedsiębiorstwa — pytanie, jaką — da się uratować. Oczywiście przy wydatnej pomocy rządu. Jeśli jednak w Polsce wspiera się producentów wieprzowiny (bez ironii!), to dlaczego nie firmy z branży stoczniowej, tworzące tysiące miejsc pracy?

Miejmy nadzieję, że szczeciński zakład ruszy i po jakimś czasie stanie się zdrowym, rentownym przedsiębiorstwem. W przeciwnym razie należy go zamknąć, byle w sposób przemyślany i bez wstrząsów.

I tu pojawia się problem. Kto właściwie powinien zająć się reanimacją stoczni? Premier Miller nie dysponuje przecież nazbyt wielką liczbą rzutkich, gospodarczych urzędników. Warto jednak zwrócić uwagę na Arkadiusza Krężla, szefa Agencji Rozwoju Przemysłu, na którym między innymi spoczywa główny ciężar rozwiązania stoczniowych problemów. Jeśli chodzi o ostatnich, krótko urzędujących, prezesów holdingu, to załoga rozlicza ich z decyzji, które podejmują inni. Nic dziwnego, że stanowiska te nie cieszą się wielką popularnością.

I na koniec jeszcze zdanie o pracownikach. Firmy są zmuszone czasem do zwolnień i domaganie się przez załogę ich zaniechania nie ma sensu. Ale jeśli pracownicy nie dostają wynagrodzeń za pracę, jest to zwyczajny szwindel.