Raty kredytów we  frankach spadną

Kamil Zatoński
opublikowano: 29-12-2009, 00:00

W przyszłym roku obsługa kredytów będzie tańsza, bo sytuacja na rynkach wraca do normy.

Dobre wieści dla zadłużonych w szwajcarskiej walucie, umiarkowanie dobre – dla posiadaczy kredytów w euro i złotych

W przyszłym roku obsługa kredytów będzie tańsza, bo sytuacja na rynkach wraca do normy.

Za rok rata kredytu zaciągniętego we frankach szwajcarskich może być niższa nawet o 15 proc. — wynika z obliczeń "PB", dokonanych na podstawie prognoz ekonomistów sześciu banków. Jeśli złoty wyraźnie umocni się do wspólnej waluty, a stopy w Eurolandzie tylko umiarkowanie wzrosną, powody do zadowolenia będą mieć też ci, którzy zadłużyli się w euro. Raty ich kredytów mogą być niższe o 7-8 proc. Tyle samo lub nieco więcej trzeba będzie natomiast płacić za obsługę pożyczek zaciągniętych w złotych.

Podwyżki później

Lepsza sytuacja posiadaczy kredytów walutowych będzie konsekwencją oczekiwanego przez ekonomistów umocnienia złotego. W relacji do franka powinno ono być większe, niż do euro. Na dodatek specjaliści przewidują, że Bank Szwajcarii zacznie podnosić stopy procentowe później niż Europejski Bank Centralny. W rezultacie później, z rekordowo niskiego poziomu, zaczną też rosnąć rynkowe stawki LIBOR CHF, stanowiące podstawę do obliczania wielkości odsetek od zadłużenia.

Według trzech z sześciu specjalistów ankietowanych przez "PB" za rok trzymiesięczny LIBOR będzie mniej więcej tu, gdzie dziś. Jeśli kurs CHF/PLN obniży się na koniec 2010 r. z obecnych 2,80 zł do 2,35 zł (taki kurs typują ekonomiści Raiffeisena), to według wyliczeń "PB" rata kredytu na 100 tys. CHF, zaciągniętego na 30 lat z marżą równą 2 punkty proc., obniży się aż o 170 zł, a więc o ponad 15 proc. Nawet w pesymistycznym scenariuszu (spadek kursu nie będzie tak znaczny, a LIBOR 3M wzrośnie do 0,7 proc.) co miesiąc do banku trzeba będzie zanosić nawet trochę mniej pieniędzy niż dziś.

Spadku obciążeń mogą się też spodziewać posiadacze kredytu w euro. Ale uwaga —jeśli stawki trzymiesięcznego EURIBOR wzrosną tak, jak prognozują analitycy Raiffeisena (nawet do 1,8 proc. z obecnych 0,7 proc.), to wzrostu wysokości raty z tego tytułu nie zrekompensuje spodziewany spadek kursu EUR/PLN.

Niewielki wzrost

Za rok podobne lub nieco wyższe niż dziś mogą być z kolei raty kredytów złotowych. Ekonomiści spodziewają się wzrostu stawek WIBOR, bo rynek będzie uwzględniał zbliżające się podwyżki przez Radę Polityki Pieniężnej stóp procentowych (mogą nastąpić w III/IV kwartale 2010 r.).

— Z drugiej jednak strony, poprawa płynności na rynku międzybankowym powinna doprowadzić do spadku tzw. premii za ryzyko, co w znacznym stopniu zniweluje efekt związany z podwyżką stopy referencyjnej — mówi Piotr Kalisz, główny ekonomista Citi Handlowego.

Według naszych wyliczeń, przy wzroście w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy stawki WIBOR 3M do 4,50 proc. rata 30-letniego kredytu na 100 tys. zł (przy marży 2 pkt proc.) wzrośnie o 22 zł (3,6 proc.).

Odwilż w bankach

W coraz lepszej sytuacji będą natomiast ci, którzy podejmą decyzję o zaciągnięciu kredytu. Banki, które już od pewnego czasu przychylniej patrzą na chętnych na m.in. kredyty hipoteczne, będą — zdaniem ekonomistów — stopniowo libera- lizować wymogi stawiane klientom.

— Kryzys pokazał bowiem, że portfel kredytów hipotecznych jest jakościowo jednym z lepszych, dlatego sądzę, że już w I-II kwartale 2010 r. banki na powrót podejmą wyższe ryzyko związane z udzielaniem tego typu pożyczek. Oczekiwane umocnienie złotego powinno tu być dodatkowym argumentem, bo będzie powodować spadek zapotrzebowania na kapitał ważony ryzykiem. Wreszcie — pozostałością kryzysu są wciąż wysokie marże, atrakcyjne z punktu widzenia banków. Instytucje będą to chciały w jak największym stopniu wykorzystać — mówi Ernest Pytlarczyk, analityk BRE Banku.

Z czasem rosnąca konkurencja powinna jednak doprowadzić do korzystnego dla kredytobiorców spadku marż. Na rekordowo niskie marże z czasów deweloperskiej hossy nie ma jednak co liczyć.

Kredytobiorcy płacili, oszczędzający zyskali

Nękające cały świat problemy instytucji finansowych dały się odczuć także i w Polsce. Banki musiały tworzyć rezerwy na złe kredyty i ograniczyły akcję kredytową. Zmuszone były szukać dodatkowych dochodów w kieszeniach swoich kredytobiorców i zafundowały im serię podwyżek. Gorsze wyniki banków to również efekt wojny depozytowej, czyli licytacji na oprocentowanie lokat. W 2009 r. trudno było pożyczać pieniądze od spółek matek, bo te zazwyczaj miały jeszcze większe kłopoty, zamarł również rynek pożyczek międzybankowych. Koniecznością stało się zabieganie o oszczędności Polaków. Taka depozytowa wojna dla klientów miała jednak dobre strony, bo dała szansę na duży zysk z bezpiecznych instrumentów finansowych.

Zaostrzenie polityki kredytowej dotknęło w pierwszej kolejności kredytów hipotecznych. Dopiero w II połowie roku ich dostępność się poprawiła. Z czasem problem ten dotknął również kredytów konsumpcyjnych. Wzrost bezrobocia spowodował, że spłacalność kredytów zaczęła się szybko pogarszać. Nieterminowo spłacanych kredytów zaczęło przybywać, więc banki przykręciły kurek i o kredyty gotówkowe zrobiło się trudniej. Zaczęły znikać popularne w poprzednich latach kredyty na dowód. Nawet w grudniu, kiedy banki zazwyczaj przed świętami szalały z ofertą kredytową, w tym roku tylko kilka instytucji zdecydowało się na bożonarodzeniowe promocje.

Ograniczenie dostępności kredytów konsumpcyjnych nie było jedynym widocznym skutkiem kryzysu. Kredyty gotówkowe stały się też droższe. Skoro klienci stali się dla banków bardziej ryzykowni, to musieli zacząć więcej płacić za pożyczki. Przyjrzeliśmy się ofercie pożyczek na okres 12 miesięcy w kwocie 5 tys. zł, proponowanych przez banki w grudniu ubiegłego roku i obecnie. W przypadku oferty dla stałych klientów przeciętny całkowity koszt kredytu wzrósł o prawie 18 proc., do niecałych 600 zł. Jeśli chodzi o ofertę dla nowych klientów banku, to całkowity koszt zwiększył się o prawie 4,8 proc. Podwyżki dotknęły również kredytów hipotecznych, gdzie marże poszły mocno do góry.

Banki przejrzały swoje tabele opłat i prowizji i pozmieniały je na niekorzyść klientów. W górę poszły opłaty za prowadzenie rachunków, za wydanie i użytkowanie kart płatniczych. Droższe stały się przelewy, szczególnie te wykonywane w oddziale. Często więcej trzeba było zapłacić za wypłatę z obcego bankomatu czy za przyznanie kredytu w rachunku.

Wojna depozytowa dla banków była po prostu droga. Musiały płacić więcej, niż wynikało to z wysokości stóp procentowych, ale nie miały innego wyjścia, bo na rynku międzybankowym trudno było pożyczyć jakiekolwiek pieniądze, szczególnie na dłuższy termin. Taka sytuacja dla klientów oznaczała prawdziwe eldorado. W styczniu najlepsze lokaty dawały nawet 9 proc. w skali roku. Tak wysokie stawki zdarzają się bardzo rzadko, a jeśli jeszcze uwzględnimy inflację, to okaże się, że osoby zakładające lokaty na szczycie wojny depozytowej mogły liczyć na rekordowo wysokie realne zyski. Od początku roku oprocentowanie depozytów jednak spadało, ale nawet pod koniec roku stawki oprocentowania lokat pozostały wysokie (6 proc.).

Mateusz Ostrowski

Michał Sadrak

Open Finance

Kamil

Zatoński

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Kamil Zatoński

Polecane