Lecha Kaczyńskiego nie wiąże żaden ustawowy termin, natomiast z samego lizbońskiego traktatu wynika, że Polska powinna złożyć rządowi Włoch, który od 1957 r. jest depozytariuszem wszystkich traktatów, kompletną dokumentację ratyfikacyjną do końca roku. Jeśli zdążą to zrobić wszyscy sygnatariusze, Lizbona planowo wejdzie w życie 1 stycznia 2009 r.
Po osiągnięciu 1 kwietnia w Sejmie (a następnego dnia w Senacie)
narodowej zgody, niemal zapomnieliśmy o wielotygodniowej ratyfikacyjnej hucpie.
Ale traktat z Lizbony nie daje tak łatwo o sobie zapomnieć. Nadchodzi czas
realizacji drugiej części porozumienia, zawartego przez prezydenta Lecha
Kaczyńskiego i premiera Donalda Tuska na Helu — czyli przyjęcie towarzyszącej
traktatowi ustawy kompetencyjnej. Problem polega na tym, że prezydent
niezwłocznie i uroczyście ratyfikuje traktat, gdy tylko otrzyma do podpisu
satysfakcjonującą go ustawę kompetencyjną. Jeśli koalicja rządowa przeforsuje
swoją wersję — prezydenckie pióro długo okaże się suche.
Prawo i Sprawiedliwość postanowiło przejąć inicjatywę zaczepną na froncie
i wykonało uderzenie wyprzedzające, wnosząc wczoraj projekt ustawy
kompetencyjnej. Platforma Obywatelska nawet nie musiała go czytać, by wyrazić
przekonanie, że jest on konfrontacyjny wobec przygotowywanego projektu
rządowego. Po zapoznaniu się z wytworem PiS potwierdzam zasadność tezy PO.
Projekt obejmuje trzy artykuły, z których dwa są kuriozalnym powtórzeniem
istniejących od 2000 r. przepisów ustawy o umowach międzynarodowych, trzeci zaś
przenosi zapisy z cichaczem wycofanego po helskim kompromisie prezydenckiego
projektu ustawy ratyfikacyjnej. Głowa państwa chce zbudować nieznany Konstytucji
RP czworokąt decyzyjny — prezydent, Sejm, Senat i rząd — w którym każdy
wierzchołek musiałby się zgodzić na rezygnację przez Polskę z mitycznego
mechanizmu z Joaniny, którego przypuszczalnie nie rozumie nikt poza byłą
minister Anną Fotygą.
Lizbońska wojna wkrótce rozgorzeje na nowo, a kompromis helski okaże się
jedynie wymuszonym okolicznościami ustępstwem głowy państwa. Lech Kaczyński
zorientował się, że bez uspokojenia Europy nie ma szans na szczycie NATO w
Bukareszcie wywalczyć cokolwiek dla Ukrainy i Gruzji. Ale teraz taki zewnętrzny,
terminowy miecz nie wisi i znowu czeka nas wielotygodniowa czy nawet
wielomiesięczna batalia. Pod koniec roku prezydent tak czy owak skapituluje,
jako że Nicolas Sarkozy — sprawujący wtedy przewodnictwo UE — będzie wyrywał od
spóźnialskich dokumenty ratyfikacyjne. Ale do tego czasu traktat z Lizbony
jeszcze nam przysporzy politycznych igrzysk.