Zatrudnienie spadło pierwszy raz od 2004 r. Realne zarobki przeciętnego Kowalskiego niemal stanęły w miejscu.
Wkraczamy w kolejną fazę kryzysu. Najpierw tornado uderzyło w nasz sektor finansowy, później zaatakowało eksporterów, następnie przetoczyło się po przemyśle, a teraz na dobre wtargnęło na rynek pracy. Zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w lutym spadło o 0,2 proc. (r/r) — podaje Główny Urząd Statystyczny (GUS). To pierwsza ujemna dynamika od prawie pięciu lat.
Ekonomistów dane GUS nie szokują. Większość z nich spodziewała się podobnych wyników.
— Spadek zatrudnienia jest bardzo szybki, ale niestety trzeba było się go spodziewać. Gospodarka jest w kłopotach. Firmy mają mniejsze zamówienia, więc potrzebują mniej pracowników. Nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie produkcja wróciła do poziomów sprzed kilku miesięcy, więc pracodawcy pozbywają się części załogi — mówi Maja Goettig, główna ekonomistka Banku BPH.
W samym tylko lutym wyparowało z firm 22 tys. miejsc pracy. Niestety kolejne miesiące nie będą lepsze. Większość prognoz — jeśli nie wszystkie — mówi, że do końca roku będziemy widzieć ujemną dynamikę zatrudnienia.
— W całym 2009 r. zatrudnienie spadnie o 3 proc. To oznaczałoby likwidację 160 tys. miejsc pracy — prognozuje Maja Goettig.
To znaczy, że do Polski wraca problem bezrobocia. Według Piotr Kalisza, ekonomisty Citi Handlowego, nie można wykluczyć, że do końca roku wzrośnie ono z niespełna 11 do 15 proc.
— Niepewność jest bardzo duża. W podstawowym scenariuszu zakładam, że bezrobocie w grudniu wyniesie 12-13 proc., ale istnieje duże ryzyko, że rzeczywistość będzie bardziej brutalna — mówi Piotr Kalisz.
Pracownicy coraz wyraźniej widzą, że zapotrzebowanie na nich spada. Widać to w danych GUS o wynagrodzeniach. W lutym przeciętny zatrudniony w przedsiębiorstwie zarobił 3196 zł brutto. To o 5,1 proc. więcej niż przed rokiem — tylko 5,1 proc., ponieważ jeszcze w październiku pensje rosły dwukrotnie szybciej — dynamika oscylowała wokół 10 proc.
— Pensje wyraźnie hamują. Ostatnio tak niski wzrost płac widzieliśmy pod koniec 2006 r. — podkreśla Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK.
Zdaniem ekspertów, należy pogodzić się z faktem, że pensje będą rosły coraz wolniej przynajmniej przez cały 2009 r.
— Pracownicy mniej zdecydowanie domagają się podwyżek, bo ich niepokój o pracę rośnie. Dynamika płac będzie się obniżać także dlatego, że niektóre przedsiębiorstwa uelastyczniają czas pracy: zatrudnieni pracują i zarabiają mniej, unikając redukcji etatów — mówi Adam Czerniak, ekonomista Invest Banku.
Spadek zatrudnienia i hamujące pensje sprawiają, że przeciętny Kowalski ma mniej pieniędzy do wydania. A to dodatkowo osłabia gospodarkę.
— Fundusz płac (liczba zatrudnionych przemnożona przez przeciętną pensję — red.) po uwzględnieniu inflacji wzrósł zaledwie o 1,5 proc., najmniej od prawie czterech lat. To negatywnie przełoży się na konsumpcję, a w efekcie na całą gospodarkę — mówi Maciej Reluga.
Jacek Kowalczyk