W połowie 2014 r. sklep internetowy Agito. pl opublikował raport o sprzedaży wideorejestratorów samochodowych. Okazało się, że zainteresowanie tymi urządzeniami bardzo szybko rośnie. W 2013 r. ich sprzedaż zwiększyła się 14 razy w porównaniu z 2012 r. Świeższych danych nie ma. Dokładnych liczb też. Ale sprzedawcy mówią o wzrostach nawet kilkunastokrotnych. Takimi urządzeniami interesują się również zarządzający flotami. A że pojazdy służbowe to 60 proc. wszystkich sprzedawanych w Polsce nowych aut, można przypuszczać, że przed producentami rejestratorów obfite żniwa. — Zainteresowanie wideorejestratorami w Polsce jest bardzo żywe i ten segment rynku prężnie się rozwija. Stale rośnie także średnia cena tych urządzeń — mówi Mariusz Manowski, dyrektor regionalny MiTAC.
Miliony oczu
Kamera zapisująca pokonywaną trasę pozwala rozstrzygnąć, kto jest sprawcą ewentualnego zdarzenia drogowego. Dostarcza też materiału ułatwiającego postępowanie przed ubezpieczycielem lub sądem i pomaga zlokalizować piratów na drodze. Przekonuje to wielu zarządców flot. — Część klientów spółki LeasePlan jest zainteresowana wideorejestratorami.
Coraz częściej kamery są instalowane w zarządzanych przez nas samochodach. Pozwalają przyspieszyć likwidację szkód komunikacyjnych. Nagrania z rejestratorów są też dowodem w sytuacjach spornych podczas kolizji. Takie urządzenia są rozbudowane o GPS, który rejestruje prędkość i lokalizację pojazdu. To ważne parametry, bo pozwalają ustalić sprawcę kolizji i zweryfikować okoliczności zdarzenia drogowego — mówi Krzysztof Ligoń, kierownik ds. likwidacji szkód komunikacyjnych LeasePlan Polska.
Zdaniem Sylwestra Pawłowskiego, prezesa Safety Logic, eksperta projektu edukacyjnego „Świadomy kierowca”, coraz większa liczba kamer w autach będzie miała dobre skutki. Twierdzi jednak, że we flotach samochodowych nie stosuje się monitoringu wideo na masową skalę.
— Gdyby tak było, mielibyśmy chyba największy na świecie obywatelski system wyłapywania piratów. Wprowadzenie do firm takich narzędzi musi być powiązane z ustanowieniem odpowiedniego regulaminu i zakomunikowaniem kierowcom zmian, celu i korzyści, jakie oni i firma mają osiągnąć. Jeżeli chcemy zmniejszyć szkodowość, mieć wpływ na styl jazdy, a w konsekwencji na mniejsze spalanie, musimy nie tylko dobrze się przygotować, ale również skutecznie wdrożyć system. Bez tego kierowcy uznają, że to dla nich zagrożenie i urządzenia będą się dziwnym trafem często psuły, ślepły itp. Jeżeli więc ma to służyć prewencji i być elementem programu bezpieczeństwa, to trzeba do tego w pierwszej kolejności przekonać załogę — mówi Sylwester Pawłowski.
Konsultanci centrum zgłoszeniowego programu „Jaka jest moja jazda?” coraz częściej odbierają zgłoszenia od osób, które nagrały wideorejestratorem czyjąś szaleńczą jazdę i chcą to nagranie udostępnić.
— Oczywiście przekazujemy je do osób zarządzających flotą i wiemy, że są traktowane poważnie. Film pozwala udowodnić klientowi, że jego kierowca stanowi zagrożenie, a dzięki nagraniu nie będzie mógł się wyprzeć udziału w takim zdarzeniu — mówi Tomasz Ziemba, prezes spółki Jaka Jazda. Dodaje, że najczęściej nagrania dotyczą osób, które już miały zarejestrowanych przez system „Jaka jest moja jazda?” kilka skarg innych użytkowników dróg.
Uwaga na przepisy
Motywacja to jedno. Przepisy — drugie. Ich zagmatwanie sprawia, że wykorzystywanie nagranych filmów może być niezgodne z prawem, jeśli fakt ich rejestrowania nie zostanie zgłoszony Generalnemu Inspektorowi Ochrony Danych Osobowych (GIODO). Ponieważ w Polsce wciąż nie ma ustawy regulującej monitoring wizyjny, GIODO przyjmuje, że takie sprawy powinny być rozpatrywane na podstawie przepisów dotyczących ochrony danych osobowych.
Tymczasem polscy kierowcy wśród powodów, dla których montują rejestrator, wymieniają także możliwość zarejestrowania wykroczeń popełnianych przez innych kierowców po to, żeby móc zgłosić ich zachowanie policji.
W komendach wojewódzkich stworzono nawet specjalne adresy mailowe dla tych, którzy chcą przesłać zarejestrowane amatorskim sprzętem materiały dokumentujące wykroczenia. Czy jeśli kamery trafią do milionów służbowych aut, będziemy mieli do czynienia z pełną drogowo- -flotową inwigilacją?
— W ciągu trzech lat prowadzenia firmy Jaka Jazda zaobserwowałem, że tylko część zarządców flot podchodzi uczciwie do bezpieczeństwa kierowców i szuka odpowiednich rozwiązań. W wielu przypadkach skargi zamiata się pod dywan. Panuje powszechne przyzwolenie na łamanie przepisów, a pracownicy często dostają 500 zł bonusu na pokrycie mandatu z fotoradaru bez wskazywania sprawcy — twierdzi Tomasz Ziemba.
Liczy się bowiem, ilu odwiedzili klientów i jak dużo zarobili dla firmy. — Od jednego zarządcy floty usłyszałem, że nie może wprowadzać żadnych radykalnych rozwiązań, ponieważ jego prezes jeździ bez prawa jazdy. Stracił je z powodu punktów karnych. Jak widać, przykład idzie z góry. Obawiam się, że w Polsce trzeba wielu lat, aby zmienić mentalność ludzi i zrozumieć, że za bezpieczeństwo na drogach odpowiadamy wszyscy jednakowo — dodaje Tomasz Ziemba. © Ⓟ