Kurs Telekomunikacji Polskiej (TP) wspiął się wczoraj do najwyższego poziomu od lutego 2001 r. Zbiegło się to ze zmianą nazwy komórkowej gałęzi grupy na Orange. Jednak prawdziwym powodem do dynamicznych wzrostów wyceny operatora są raporty analityków. Najnowszy, banku inwestycyjnego Merrill Lynch, przyniósł najwyższą od lat cenę docelową — 30,5 zł, 16 proc. powyżej obecnego kursu.
Analitycy nie martwią się narzekaniami klientów grupy TP na drogie usługi i pracowników na zwolnienia. Nie przejęły ich też oburzenia Marka Mobiusa, zarządzającego funduszem Templeton, na dość wysoki haracz za używanie przez PTK Centertel marki Orange (1,6 proc. przychodów operatora komórkowego). Z ostatnich 17 rekomendacji dla TP, dziesięć zawiera zalecenie „kupuj”, a siedem „trzymaj”. Negatywnych ocen brak. Skąd ten zachwyt? Obok oczywistej mody na inwestycje w Polsce, specjalistów cieszy wyhamowanie spadku przychodów z telefonii stacjonarnej i kontrola kosztów.
W tym roku notowania europejskich telekomów są stabilne. Indeks BETELES wzrósł zaledwie o 1,6 proc. Za to akcje TP od stycznia podrożały o ponad 30 proc. Ponad połowa zwyżki była wypracowana we wrześniu. To nie przypadek. Inwestorzy sprzedają właśnie papiery węgierskiego Matavu. Dotychczasowego branżowego ulubieńca Zachodu zastępuje TP. Pamiętajmy jednak, że tylko trzy raporty na jej temat zawierają wyceny wyższe niż obecny kurs. Prognozowany wskaźnik P/E na ten rok w TP wzrósł już do 18 wobec 13,5 w Matavie i średniej 16 w europejskich telekomach. Z drugiej strony TP wygląda atrakcyjniej, uwzględniając relację wartości firmy do zysku EBITDA.
Testem dla TP mogą być wyniki za III kwartał. W tym raporcie powinny być już widoczne koszty zmiany nazwy z Idea na Orange. Te wydatki są już w cenach akcji operatora. Ważniejsza będzie informacja na temat strategii przejęcia przez TP 34 proc. kapitału Centertela od francuskich właścicieli. Oby znowu nie okazali się zbyt chciwi.