Renifer czystej krwi

Marcin BołtrykMarcin Bołtryk
opublikowano: 2015-11-26 22:00

Podobno na starość się dziecinnieje. Sofokles to wymyślił. Mustang się tym nie przejmuje. Po prostu nie dorasta.

Czym przemieszcza się Święty Mikołaj? Ale nie ten prawdziwy, biskup. Tylko ten z dziecięcych wyobrażeń, które za sprawą reklamy pewnego napoju czynią go pyzatym czerwono-białym jegomościem z długą siwą brodą. No jasne! Saniami. Latającymi. O mocy dziewięciu reniferów. Pojazd to bardzo niepraktyczny.

Wysoki próg załadunku, kiepskie ogrzewanie (o wyciszeniu kabiny nie wspomnę), tragiczne trzymanie boczne foteli i układ kierowniczy, przy którym ten w Żuku bliski był ideału z F1.

Brak pasów bezpieczeństwa, poduszkę trudno nazwać powietrzną, a strefa zgniotu kończy się na mikołajowej lasce. Do tego przestarzała linia, brak systemów (jeśli nie liczyć tych magicznych), a GPS sapie i chce owsa. Wydech o dziewięciu końcówkach nie dosyć, że skierowany w twarz kierowcy, to w dodatku raczej nie brzmi sportowo. Poza kilogramami CO 2 i metanu emituje jeszcze całkiem spore „cząstki stałe”. Do tego przy wysiadaniu można spaść z dachu, a „tankować” trzeba w stodole. Ogólnie: bez sensu.

Bolid na chomiki

Czy jednak naprawdę zawsze musi chodzić o sens? Czy kupując sportowe auto, zawracasz sobie głowę progiem załadunku lub haczykami na siatki z marchewką i jajkami? Wiem, wiem, tak zwana nowoczesność każe wybierać mądrze i odpowiedzialnie — tylko to, czego potrzebujemy, a świadomość ekologiczna — tylko to, co nie jest szkodliwe dla ziemskiej atmosfery. Dodatkowo urzędnicy UE dbają, by takie właśnie przedmioty podobały nam się bardziej od tych, które podobały nam się kiedyś.

W motoryzacji oznacza to, że jeśli wzdychasz za V8, toś zaścianek i nieczuła konserwa. Postępowy jesteś, gdy chcesz hybrydę. I zgoda. Po co komu V8 w kompakcie (ja bym się w tym odnalazł). Ale żeby tak od razu zakazywać? Zniechęcać? W sumie to chromolę nowoczesność, która nie pozwala mi się oglądać wstecz. Nowoczesność, która uczepiła się samochodów prywatnych.

A te odpowiadają za około 5 proc. zanieczyszczeń emitowanych przez człowieka i przez wszystko, czego używa. Ford też chromoli. I chwała mu za to. Nowy Ford Mustang ma V8 (też ma). A co do koncepcji, to jest jak stare, dobre sanie Świętego Mikołaja. Ogromny, mocny i kompletnie pozbawiony sensu.

I właśnie dzięki tym cechom jest tak wspaniały. Święty Mikołaj według Forda cały czas lata saniami. Inni dawno wsadzili poczciwca w wygodny fotel z trzypunktowymi pasami. Zamiast reniferów (dziewięciu) są maksymalnie trzy chomiki (ale każdy z turbo). Jego sanie to… już nie sanie, choć „drobne akcenty stylistyczne” sugerują „nawiązania do przeszłości”. Są za to: niski próg załadunku, podwójna podłoga w bagażniku, zamiast worka z prezentami worek systemów bezpieczeństwa, a magię i atmosferę zastąpiły mirorr link i inforozrywka.

Mikołaj już nie krzyczy: „Ho,ho,ho”, bo dźwięk tego zaśpiewu emitują doskonałej jakości głośniki. Nie ląduje na dachach (to niebezpieczne) i nie schodzi przez komin (dyrektywa nie pozwala). Chcesz takiego Mikołaja? Jeśli tak, to chcesz Mustanga. Jeśli nie, to też chcesz. Nawet bardziej niż gwiazdki w dzieciństwie.

Nie zadzieraj z ikoną

Jak to możliwe? Po prostu Ford wie lepiej niż inni, jak nie zadzierać z ikoną. A Mustang jest jego ikoną. W Fordzie się do niej modlą. No i wymodlili najnowszą generację, która ma głęboko w wydechu downsizing. Jest lepsza od poprzedniej, bo jakością wykończenia nie ustępuje czołówce europejskiej, i nie jest gorsza, bo ma wszystkie atuty sławnych poprzedników. Zwłaszcza protoplasty z połowy lat 60. ubiegłego stulecia. Mustanga możesz mieć z amerykańskim klasykiem, 8-cylindrowym, widlastym silnikiem o pojemności 5 litrów. Wolnossący. A jakże! Jednostka ma 421 reniferów…, koni znaczy, i 530 Nm.

Napęd na tył. 1720-kilogramowe auto potrzebuje zaledwie 4,8 sekundy do osiągnięcia setki, maksymalnie rozpędzając się do 250 km/h. Możesz też mieć Mustanga z — uwaga! — o połowę mniejszym silnikiem. Tak, tak, ikona amerykańskiej motoryzacji nie oparła się downsizingowi (ale i tak go chromoli — o tym za chwilę). Pod maskę może trafić silnik EcoBoost: 2,3 l pojemności, cztery cylindry, 317 KM, 432 Nm i oczywiście tylny napęd. Oba są dostępne z manualną przekładnią lub automatem.

Oba w wersji Fastback (to takie coupe) lub Convertible (to kabriolet). I oba to wprost proporcjonalne przeniesienie starej bajki na dzisiejsze drogi. Ford wie, że wmawianie ludziom, iż nawiązujący do legendy wygląd wespół z motorkiem nawiązującym do trzycylindrowej mody to za mało, by przywołać stare duchy. Nawet milionowe nakłady na marketing nie wystarczą, by z Nerona zrobić strażaka. Nie da się. A jak trzeba? Po prostu trzeba nie dorastać. I Mustang nie dorósł. Mimo 50 z okładem lat na karku jest łobuzem. Zawadiaką. I chce się bić. I potrafi.

Prawdziwa legenda

W praktyce nic w nowym Mustangu nie jest takie łatwe jak w Audi lub BMW. W teorii jest jeszcze trudniejsze. Wbrew powszechnej modzie Mustang nie hołduje zasadzie „jeździć każdy może”. Twierdzi raczej, że nie każdy powinien. Wszechobecne systemy, owszem, są, ale chyba tylko dla zasady. Poza ich możliwości wykroczysz z łatwością, z jaką w dzieciństwie odpakowywałeś prezenty.

I tak samo szybko. W obu wersjach (5,0 i 2,3) auto potrafi ponieść… jak koń jeźdźca. Wiadomo, logo zobowiązuje. I pod tym względem jest to musscle car z krwi, adrenaliny, agresji i blachy. Potrafi być spokojny. Ale nie lubi. To auto dla kierowcy lubiącego być zaskakiwanym. Za lekkie „przycięcie” ostrogami odwdzięczy się nieco nieokiełznanym galopem. O którym będziesz wnukom opowiadał. I nieważne, że będziesz poganiał osiem wolnossących lub cztery doładowane cylindry.

Tylko dlaczego bronię „małego” silnika? Otóż dlatego, że ma sens. W Europie traktujemy Mustanga jak obiekt kultu, symbol wyzwolonej amerykańskiej motoryzacji, samochodów, które mogą sobie pozwolić na rozrzutność w wielkości, liczbie cylindrów, spalaniu. Nic dziwnego, że jeżeli ktoś się decyduje na ten model, to w pewien sposób manifestuje podejście, które nie toleruje stawiania granic. Dla nich jest V8. Ale kiedy rozejrzymy się po drogach USA, to się okaże, że Mustang jest tam odpowiednikiem Skody Octavii u nas. W znaczeniu modelu do jazdy na co dzień.

List do M.

Największą zaletą nowego Mustanga jest to, że nadal nie dorósł. Jest dokładnie taki, jakie może być twoje o nim wyobrażenie. Ogrom mocy, kilometr maski, cztery koła, tona frajdy i brak sensu. Pomyślcie: auto wielkości Skody Superb, które wygodnie mieści tylko dwie osoby (cztery to kiepski pomysł). O mocy, która obdzieli kilka Skód. Ale za cenę czterech czeskich limuzyn. Tak racjonalnie to obłąkanym trzeba być, by go chcieć. Jeśli jednak chcesz sobie przypomnieć (lub się dowiedzieć), czym kiedyś były samochody, dlaczego ludzie ich pożądali, zanim stały się tylko środkiem do podróżowania, to spróbuj tego w Mustangu. I raczej się pospiesz.

Zanim Mikołajowi zostanie wstrzymane pozwolenie na przelot, a Fordowi sprzedawanie frajdy na kołach. Dziś nie można już powiedzieć złego słowa o rowerzystach ani ruszyć z piskiem opon. Za chwilę być może nie będzie można się głośno śmiać. Nawet na widok reniferów nad własnym dachem. Uwzględnij to w liście do Rovaniemi jeszcze w tym roku.

& © Ⓟ