Resort zdrowia uderza pacjenta po kieszeni
NIECHLUBNA STATYSTYKA: Wydatki przeciętnego Polaka na środki farmaceutyczne stawiają nasz kraj na jednym z ostatnich miejsc w świecie.
Przemysł farmaceutyczny jest olbrzymim konglomeratem, przynoszącym krociowe zyski. Tylko w ubiegłym roku sprzedaż leków osiągnęła pułap 75 mld USD. Polacy niestety są na szarym końcu wśród kupujących środki ochrony zdrowia. Różnice są ogromne. Przeciętny Japończyk wydaje rocznie na leki 135 dolarów, Amerykanin — 76 dolarów, Hindus — tylko 55 centów. Bogatsze kraje wydają więcej niż biedniejsze. Przeciętny Polak wydał w 1998 roku na leki, według Euromonitora, jedynie 11,80 USD. Na pewno nie znaczy to, że jesteśmy zdrowym społeczeństwem. Tym bardziej że większość przeznaczonych środków na leki wydaje się na witaminy i dodatki dietetyczne.
DBAŁOŚĆ o zdrowie stawia nas na jednym z ostatnich miejsc w świecie. Powodów tego stanu rzeczy jest kilka. Trzeba pamiętać, że znaczne ilości leków sprowadzamy z zagranicy, co znacznie podwyższa ich cenę dla krajowego klienta. Powoduje to, że wiele starszych osób rezygnuje z kupna, nawet niezbędnych dla nich, medykamentów. Z wywiadu przeprowadzonego w kilku większych aptekach warszawskich wynika, że ludzie starsi rezygnują z zakupu leków, bo muszą przeznaczyć posiadane środki na jedzenie. Obcięcie dotacji na znaczną ilość środków farmaceutycznych przepisywanych przez lekarzy, powoduje znaczny wzrost ich ceny. Wyraźna różnica między zarobkami ludzi z większych miast a tymi z mniej uprzemysłowionych regionów, odbija się niekorzystnie na zdrowiu tych ostatnich. Stosują oni bowiem w większości leki domowej roboty, rezygnując z kupna drogich farmaceutyków zagranicznych.
PALĄCYM problemem jest uaktualnienie listy refundowanych leków. Ministerstwo zdrowia przeprowadza tę operację tylko raz w roku. Najlepszym przykładem niegospodarności resortu finansów jest lek o nazwie Caltitonin. Zawiera on polską kaliocytoninę i jest produkowany na licencji duńskiej. Lek ten przeznaczony jest głównie dla ludzi w starszym wieku, głównie dla kobiet cierpiących na chorobę związaną z odwapnieniem kości — osteoporozę. Za polski środek, w porównaniu z najtańszym na naszym rynku zagranicznym preparatem Calcihexalem, pacjent zapłaci 75 proc. mniej. Lek ten pomyślnie przeszedł wszystkie testy, otrzymał świadectwa rejestracyjne już w 1998 roku, wykonano również pierwsze serie produkcyjne, które trafiły do aptek w maju tego roku. Niestety, pacjenci chcąc nabyć ten preparat będą musieli zapłacić za niego pełną cenę.
JEST TO spowodowane właśnie tym, że lista odpłatności jest uaktualniana raz w roku. Wygląda to nie tylko na lekceważenie potrzeb pacjentów, lecz rownież na działanie na szkodę Skarbu Państwa. Opieszałość i skostniałe struktury w resorcie zdrowia stawiają nas na żenującej pozycji w światowych statystykach. Przykład takiej opieszałości jest wyraźnie widoczny. W ubiegłym roku sprzedano w polskich aptekach preparaty zagraniczne o podobnym działaniu — Calcihex i Miacalcicu — za znaczną sumę około 20 mln zł. Refundacja tych leków obciążyła budżet sumą przekraczającą 8 mln zł. Po wprowadzeniu tego leku na listę odpłatności obciążenie budżetu zmniejszy się o 50 proc., a resort skarbu państwa zaoszczędzi 4 mln zł w skali rocznej. Jeśli zatem lek ten wprowadzono by na listę refundowanych wraz z pojawieniem się w aptekach, to byłby on bardziej dostępny dla pacjentów, a zarazem odciążyłoby to kulejący polski budżet o niebagatelną sumę 2 mln zł.
W OSTATNIEJ uchwale Sejmu, udzielającej absolutorium Radzie Ministrów za wykonanie ubiegłorocznego budżetu, jest dodatkowy punkt, stwierdzający nieprawidłowości w wykonaniu budżetu m.in. w Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej oraz w Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Lekceważenie przez resort zdrowia gospodarności i oszczędności oraz brak planowania w gospodarowaniu funduszami pogłębia deficyt budżetowy. Niestety, uderza to zarówno w pacjenta, jak i w niedostatecznie opłacanych pracowników służby zdrowia.