Powierzyliśmy nasze losy polskiemu przewodnikowi Pascala. Także te restauracyjne. Było tu, niestety, sporo rozczarowań. Te mocno rekomendowane okazały się klasycznymi „łapkami na turystów”, w dodatku za dużą cenę.
Postanowiliśmy się wyrwać z tego diabelskiego tańca. Tramwajem wodnym dotarliśmy do Castello. To jedna z rzadziej odwiedzanych weneckich sestieri, ”gdzie można jeszcze czasem zobaczyć jak żyją zwykli wenecjanie”. Dodatkową atrakcją miał być pomnik ku czci włoskiej partyzantki (kobiety, dla ścisłości). Z trudem go znaleźliśmy. Uwalona wśród fal, dobrze umięśniona kamienna Horpyna do apetycznych na pewno nie mogła się zaliczać. Ale było tu o niebo spokojniej niż w okolicach placu św. Marka.
Snując się po uroczych uliczkach Castello dotarliśmy do rekomendowanej w Pascalu maleńkiej restauracyjki Trattoria dai Tosi. Przekonało nas do niej hasło, że żywią się tu głównie miejscowi (zauważyliśmy sporo Niemców). Siedząc w cieniu, na przystawionych na zewnątrz krzesełkach, z uwagą studiowaliśmy proponowane dania. Było ich sporo. Nas skusiła Pasta della Casa (10 euro). Po pierwszym kęsie bezdyskusyjnie powaliła na kolana. Może także dlatego, że zaryzykowaliśmy do niej w kieliszku Gewurztraminera z Alto Adige (ze względu na pepperoni). Mariaż okazał się wspaniały. O mało, jak mawiał Zagłoba, oczy nam mgłą lubości nie zaszły.

