Restauracyjnym szlakiem: Weneckie frustracje

Stanisław Majcherczyk
opublikowano: 2010-10-12 13:59
zaktualizowano: 2017-03-16 11:49

Nasze odwiedziny w Wenecji zbiegły się z festiwalem filmowym. Było niemiłosiernie tłoczno i gorąco. Wszędzie przemykały „grupy zorganizowane”, posłusznie podążając za swymi językowymi guru. Istna wieża Babel.

Powierzyliśmy nasze losy polskiemu przewodnikowi Pascala. Także te restauracyjne. Było tu, niestety, sporo rozczarowań. Te mocno rekomendowane okazały się klasycznymi „łapkami na turystów”, w dodatku za dużą cenę.
Postanowiliśmy się wyrwać z tego diabelskiego tańca. Tramwajem wodnym dotarliśmy do Castello. To jedna z rzadziej odwiedzanych weneckich sestieri, ”gdzie można jeszcze czasem zobaczyć jak żyją zwykli wenecjanie”. Dodatkową atrakcją miał być pomnik ku czci włoskiej partyzantki (kobiety, dla ścisłości). Z trudem go znaleźliśmy. Uwalona wśród fal, dobrze umięśniona kamienna Horpyna do apetycznych na pewno nie mogła się zaliczać. Ale było tu o niebo spokojniej niż w okolicach placu św. Marka.
Snując się po uroczych uliczkach Castello dotarliśmy do rekomendowanej w Pascalu maleńkiej restauracyjki Trattoria dai Tosi. Przekonało nas do niej hasło, że żywią się tu głównie miejscowi (zauważyliśmy sporo Niemców). Siedząc w cieniu, na przystawionych na zewnątrz krzesełkach, z uwagą studiowaliśmy proponowane dania. Było ich sporo. Nas skusiła Pasta della Casa (10 euro).  Po pierwszym kęsie bezdyskusyjnie powaliła na kolana. Może także dlatego, że zaryzykowaliśmy do niej w kieliszku Gewurztraminera z Alto Adige (ze względu na pepperoni). Mariaż okazał się wspaniały. O mało, jak mawiał Zagłoba, oczy nam mgłą lubości nie zaszły.

None
None