Rezerwa Federalna kontra rynek

opublikowano: 23-01-2023, 20:00
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

Przedstawiciele Rezerwy Federalnej postanowili zagrać w "cykora" z rynkiem finansowym. Doświadczenie ostatnich 30 lat uczy, że w takiej grze warto stawiać na rynek. Ale czy tak będzie także tym razem?

Uważam, że powinniśmy iść dalej i na następnym posiedzeniu będziemy dyskutować, ile jeszcze zrobić – powiedziała w zeszłym tygodniu Loretta Mester, szefowa Fedu z Cleveland w kontekście dalszych podwyżek stóp procentowych. Jej zdaniem docelowa stopa funduszy federalnych (FFR) powinna przekroczyć 5 proc. Obecnie wynosi 4,25-4,50 proc., co jest najwyższym poziomem od grudnia 2007 r.

W grudniowych „fedokropkach” większość członków Federalnego Komitetu Otwartego Rynku (FOMC) optowała za podwyższeniem FFR do przedziału 5,00-5,25 proc. w 2023 r. Oznaczałoby to łączną skalę tegorocznych podwyżek już tylko o 75 pkt baz. Czyli tyle, ile w ubiegłym roku komitetowi zdarzało się robić na jednym posiedzeniu.

- Oczekuję, że stopa potrzebuje pójść w górę jeszcze odrobinę wyżej [niż zapowiedziane 5,00-5,25 proc. - przyp. red.] – dodała Loretta Mester, która nie jest w tym poglądzie odosobniona. Podobną opinię wyraził niedawno szef Fedu z St. Louis James Bullard, który dodał, że należałoby to uczynić „tak szybko, jak tylko możemy”.

Rynek przestał wierzyć

Tak jastrzębich tonów płynących z banku centralnego USA inwestorzy nie słyszeli od ponad 40 lat, gdy na początku lat 80. Paul Volcker trwale stłumił inflację lat 70., podnosząc stopę funduszy federalnych w pobliże 20 proc. Jednakże kolejni przewodniczący Rezerwy Federalnej byli bardziej ulegli i zwykle grali pod dyktando oczekiwań Wall Street. Od czasów prezesury Alana Greenspana mówiło się wręcz o istnieniu Fed put, czyli nieformalnej ochrony ze strony banku centralnego dla wycen akcji.

Między innymi dlatego uczestnicy rynków finansowych zwyczajnie nie wierzą, że przedstawiciele Fedu zrealizują swoje zapowiedzi. Z wycen kontraktów terminowych na stopę funduszy federalnych wynika, że inwestorzy spodziewają się ledwie 25-punktowej podwyżki 1 lutego oraz kolejnej w tym rozmiarze na posiedzeniu zakończonym 22 marca. Co więcej, na czwarty kwartał już nie tylko rynek terminowy, ale też rynek długu wycenia pierwsze obniżki stóp procentowych w USA.

Rynek ma w ręku mocne argumenty. Po pierwsze w danych widać, że od zeszłego lata presja inflacyjna wyraźnie słabnie. Inflacja CPI obniżyła się z 9,1 proc. w czerwcu do 6,5 proc. w grudniu. Nieco wolniej obniża się też tzw. inflacja bazowa, która swoje cykliczne maksimum najprawdopodobniej ustanowiła we wrześniu. A w ubiegłą środę dowiedzieliśmy się też, że jeszcze ostrzej hamują ceny producentów (PPI), których roczna dynamika spowolniła w grudniu do 6,2 proc. wobec przeszło 11 proc. notowanych jeszcze w czerwcu.

Oprócz widocznej gołym okiem dezinflacji coraz wyraźniejsze są też tendencje recesyjne. Odczyty ISM/PMI jednoznacznie wskazują na recesję w amerykańskim przemyśle. Rynek nieruchomości znalazł się w spadku swobodnym i już niedługo zobaczymy negatywne konsekwencje kredytowych ekscesów z ostatnich lat. Wielkie korporacje technologiczne zapowiadają liczone w dziesiątkach tysięcy etatów masowe zwolnienia, co przypomina krajobraz sprzed 20 lat po pęknięciu bańki internetowej. Masowo padają także przynoszące permanentne straty pseudoinnowacyjne start-upy będące dziećmi zerowych stóp procentowych z poprzedniej dekady. Dodatkowo główny motor napędowy postcovidowego ożywienia gospodarczego w USA – czyli konsumpcyjny amok Amerykanów – zdaje się od kilku miesięcy wygasać, o czym świadczą spadające już nawet w ujęciu nominalnym statystyki sprzedaży detalicznej. A to tylko kilka z całej palety sygnałów, które zwykle poprzedzały wystąpienie recesji w USA.

Strach przed latami 70.

Ale też Jerome Powell i jego ekipa wciąż dysponują mocnymi kartami. Fed najwyraźniej nie chce powtórzyć błędów z lat 70., gdy zbyt szybko poluzował politykę pieniężną, co doprowadziło do dekady stagflacji – czyli utrzymywania się podwyższonej inflacji i niskiego wzrostu gospodarczego. Jerome Powell od miesięcy cierpliwie tłumaczy tłustym kotom z Wall Street, że tym razem Fed nie będzie wspierał ich portfeli inwestycyjnych (i grubych premii „za zarządzanie”).

Teraz priorytetem jest zdławienie inflacji, która w niespotykanym od dekad tempie eroduje siłę nabywczą Amerykanów. Chodzi też o to, aby uporać się z inflacją na tyle szybko, aby prezydent Joe Biden miał jakąkolwiek szansę na reelekcję jesienią 2024 r.

– Jesteśmy silnie zdeterminowani, aby obniżyć inflację do naszego 2-procentowego celu – tak grudniową konferencję prasową rozpoczął przewodniczący Rezerwy Federalnej Jerome Powell.

Jerome Powell od miesięcy cierpliwie tłumaczy tłustym kotom z Wall Street, że tym razem Fed nie będzie wspierał ich portfeli inwestycyjnych (i grubych premii „za zarządzanie”).

Jak dodał, przywrócenie stabilności cen zapewne będzie wymagało utrzymania restrykcyjnego nastawienia polityki monetarnej przez pewien czas.

– Pozostaniemy na kursie, dopóki nie wykonamy naszej roboty – zapewnił szef Fedu.

Takie deklaracje teoretycznie wykluczają jakiekolwiek poluzowania polityki monetarnej w USA w najbliższym czasie.

– Nie jest to czas na obniżki stóp. Uważamy, że będziemy musieli utrzymać restrykcyjne nastawienie w polityce monetarnej przez jakiś czas. Doświadczenia historyczne silnie ostrzegają przed przedwczesnym poluzowaniem polityki pieniężnej. Nie powiedziałbym, że rozważamy cięcia stóp – powiedział szef Fedu w odpowiedzi na pytanie o rynkowe oczekiwania obniżek stopy funduszy federalnych pod koniec 2023 r.

Remis w grze w cykora

W teorii gier istnieje koncepcja zwana „grą w cykora” (ang. game of chicken), znana także jako gra jastrząb-gołąb, co chyba bardziej pasuje do jej zastosowania w polityce monetarnej. Klasycznym przykładem tej gry jest “zabawa“, w ramach której dwie osoby wsiadają do samochodów i z dużą prędkością jadą naprzeciwko siebie. Ten, kto pierwszy ustąpi (zejdzie z toru kolizyjnego lub zahamuje), jest "cykorem" i przegrywa. Problem pojawia się wtedy, gdy nikt nie ustąpi. Wtedy obaj uczestnicy tej zabawy giną i definitywnie wypadają z tego typu rozgrywek.

W obecnej sytuacji gra idzie o nieco niższą, lecz wciąż wysoką stawkę. Jeśli Fed nie ustąpi i wyniesie stopę funduszy federalnych, np. do 5,5-6,0 proc., to zapewne zdusi inflację, ale ryzykując głęboką i „pełnokrwistą” recesję ze wszystkimi jej konsekwencjami dla rynku pracy i wyników wyborów prezydenckich (bezrobotni wyborcy mogą nie zagłosować na urzędującego prezydenta). Rynki finansowe będą wtedy musiały zaakceptować rzeczywistość i pogodzić się z silną bessą na Wall Street. I być może także z dalszymi stratami na portfelu obligacji.

Jeśli jednak Jerome Powell i spółka stchórzą, to na krótką metę czeka nas zapewne euforia na giełdowych parkietach połączona z równoczesną hossą na rynku długu. Wzrośnie szansa na uniknięcie głębokiej recesji w USA, ale zwiększy się też ryzyko zakotwiczenia się wysokiej (np. rzędu 5-10 proc.) inflacji CPI w następnych latach. Oznaczałoby to upadek wiarygodności Rezerwy Federalnej, co jest katastrofą dla banku centralnego.

Na razie każdy gra twardo. Fed mówi, że nie odpuści. Rynek mówi, że w to nie wierzy. Jerome Powell i spółka prawdopodobnie po cichu liczą, że inflacja jednak spadnie i że nie będą musieli wywołać regularnej recesji. Natomiast uczestnicy rynku zapewne spekulują, że pierwsze oznaki wyraźnego wzrostu stopy bezrobocia zmuszą Fed do gołębiej kapitulacji w końcówce roku. I że jako posiadacze papierów wartościowych (tak akcji, jak i obligacji) na tym wszystkim zarobią. Ktoś się jednak musi na tym wszystkim przejechać.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane