Rób to, co kochasz

Trzeba mieć charakter, żeby przy wyborze zawodu, stanowiska, firmy iść za głosem serca. Ale jaki sens ma praca, do której codziennie trzeba się zmuszać?

Kto nie słyszał o strategii błękitnego oceanu, promowanej przez Harwardzką Szkołę Biznesu? To przeciwwaga dla strategii czerwonego oceanu, która polega na walce z branżową konkurencją do upadłego.

SZKOŁA CHARAKTERU:
Zobacz więcej

SZKOŁA CHARAKTERU:

Kto uważa, że w życiu zawodowym zasłużył na więcej, i robi głównie to, co pozwala mu się rozwijać i być szczęśliwym, musi być odporny na naciski i krytykę — mówi trener asertywności Bartłomiej Stolarczyk. ARC

Ale po co skakać sobie do gardeł, wzajemnie się wykrwawiać, skoro na rynku są wolne przestrzenie, nieodkryte nisze, możliwości, których nikt przed nami nie zauważył? Niektórzy nie lubią się bić.

Inni nie mają szans na wygraną. Jedni i drudzy podkreślają, że zamiast wojować, lepiej skupić się na dobrej robocie. Koncepcję błękitnego oceanu można zastosować także do rozwoju zawodowego.

Chodzi o to, żeby nie tyle walczyć ze swoimi słabościami, ile stawiać na to, w czym jesteśmy mocni. To podejście jest w biznesie coraz powszechniejsze. Choć stara szkoła, oparta na pracy nad sobą i eliminowaniu wad, nadal trzyma się mocno. Budować na talentach?

Matt Domogała, amerykański trener biznesu, twierdzi, że od dziecka zachęca się nas do czegoś odwrotnego. Mamy przezwyciężać swoje przywary i ułomności, podciągać się w tym, w czym daleko nam do perfekcji.

Gdy pani od polskiego sprawdzała nam zeszyt z wypracowaniami, na czerwono podkreślała błędy: ortograficzne, gramatyczne czy stylistyczne, abyśmy wiedzieli, nad czym powinniśmy pracować.

Szkoda, że nie używała również np. zielonego długopisu, by zaznaczać to, co w naszych nieporadnych próbach literackich było godne uwagi.

Błękitny ocean…

Szkoleniowiec zza oceanu w korygowaniu pomyłek i uciążliwych nawyków nie widzi niczego złego. Pod warunkiem że zdecydowaną większość zasobów — energii, czasu, pieniędzy — przeznaczymy na rozwijanie tego, co w nas dobre. Jak podkreśla, motywacja (lub automotywacja) skoncentrowana na negatywach rzadko przynosi pożądane skutki. Częściej prowadzi do zniechęcenia i rezygnacji.

— Osoba, która w pracy robi użytek ze swoich naturalnych zdolności, jest bardziej zadowolona i najczęściej osiąga lepsze rezultaty niż ktoś, kto zmusza się do zadań, które mu nie leżą — twierdzi Matt Domogała.

Tego zdania są równiez ekonomista Steven D. Levitt i dziennikarz naukowy Stephen J. Dubner. W książce „Myśl jak freak” obalają słynną teorię 10 tysięcy godzin. Głosi ona, że niezależnie od tego, kim jesteśmy: menedżerami, doradcami podatkowymi czy gwiazdami rocka, aby w swojej roli osiągnąć doskonałość, musimy poświęcić jej co najmniej 10 tys. godzin ciężkich ćwiczeń i pracy.

Autorzy bestsellera widzą to inaczej: wielomiesięczny czy wieloletni wysiłek daje efekty tylko wtedy, gdy chodzi o coś, co naprawdę kochamy. Trudno stać się dobrym w czymś, czego nienawidzimy. Choćbyśmy od kołyski do grobowej deski nie zajmowali się niczym innym. Czy to znaczy, że w naszym błękitnym oceanie kariery nie powinno być choć kilku kropel krwi, czyli elementu walki, zmagania się ze sobą?

— Absolutne odrzucenie pracy nad sobą byłoby równie głupie, jak robienie wszystkiego wbrew sobie. Wyobraźmy sobie początkującego menedżera, który nie ma wiedzy i umiejętności potrzebnych do kierowania ludźmi i firmą. Jeśli nie nadrobi zaległości, nie poradzi sobie na nowym stanowisku — mówi Matt Domogała.

A Szczepan Spis, psycholog i trener, dodaje, że od czasu do czasu każdy powinien bez ociągania robić rzeczy, na które zupełnie nie ma ochoty. Nie zawsze musi być lekko, łatwo i przyjemnie — zaznacza.

Bez stawiania sobie wymagań, przekraczania własnej strefy komfortu nie zajdziemy w życiu daleko.

— Ideałem jest pracownik, który poszerza swoje umiejętności i zdobywa nowe, które — zwłaszcza z powodu cech charakteru, osobowości czy temperamentu — nie przychodzą mu z łatwością — wskazuje Szczepan Spis.

…i parę kropel krwi

Kariera to nie tylko przyjemności i zabawa, ale także krew, pot i łzy. Co do tego nie ma wątpliwości Grzegorz Wierchowiec, menedżer strategii i dyrektor kreatywny. Trudno o firmę, w której możemy eksponować wyłącznie zalety i ukryć wady — podkreśla.

Zapewnia, że w jego przypadku najlepsze efekty dała walka ze słabymi stronami. Przykład? Przed 16-17 laty jako copywriter pracował w agencji reklamowej, w której oglądano każdy wydawany grosz. Na fali firmowych oszczędności przydzielono mu dodatkową funkcję — korektora, choć nie studiował polonistyki i miał dysleksję. Zadanie niewykonalne? Bynajmniej. Aby wyłapywać błędy w ulotkach i broszurach, m.in. Microsoftu i Panasonica, bez przerwy wertował słowniki i wydzwaniał kilkanaście razy dziennie do Poradni Językowej Polskiego Radia. I udało się!

— Było to stresujące, szczególnie na początku, ale bardzo opłacalne — dosłownie i w przenośni. Najważniejsze, że nie przepuściłem żadnego błędu, co mogłoby kosztować nas utratę cennych kontraktów — wspomina Grzegorz Wierchowiec.

Bartłomiej Stolarczyk, trener asertywności, jest realistą. Rozumie tych, którzy chcieli realizować fascynujące przedsięwzięcia i nie cierpią mało wymagającej roboty, którą wykonują (nie każdy przebiera w ofertach). Z drugiej strony, wcale nie uważa, że łatwiej mają ci, którzy przy wyborze stanowiska, funkcji lub firmy pozostają wierni swoim preferencjom. Bo raz po raz muszą bronić swojej decyzji.

Dlaczego? Szefowie, koledzy z działu, klienci mają mnóstwo pomysłów na to, jak lepiej wykorzystać ich talenty i czas. Trudno się dziwić, skoro biznes to sport zespołowy. Tak czy inaczej, tacy indywidualiści bez przerwy muszą konfrontować swoje priorytety z planami i potrzebami innych, co kończy się nerwami, niepokojem.

— Jak mówić o błękitnym oceanie kariery w sytuacji ciągłych zewnętrznych nacisków i stresu? Nie dość, że inni zarzucają nam brak koleżeństwa, nadmierny indywidualizm, egoizm, to jeszcze sami możemy mieć wątpliwości, czy postępujemy właściwie — zwraca uwagę Bartłomiej Stolarczyk.

Jednego jest pewien: kto codziennie do biura chodzi jak na skazanie, nie powinien spodziewać się cudów. Zapewne osiągnie tylko cząstkę sukcesów, będących udziałem ludzi z trudem odróżniających pracę od pasji. Jeżeli zależy mu na prawdziwej satysfakcji i faktycznych efektach, musi pójść za głosem serca.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Firmy / Rób to, co kochasz