Kiedyś wędliny suche szły tylko wiosną i latem. Dziś sezon trwa cały rok. Są popularne głównie na prawo od Wisły. Jaka w tym rola firmy Kabo?
Anatol Borowik i Wiaczesław Karpieszuk w 1992 r. postanowili otworzyć wspólny biznes.
— Na początku mieliśmy pomysły na makaron czy pierożki. W końcu stanęło na produkcji pasztetu — opowiada Anatol Borowik.
Zainteresowanie rynku pozwoliło niebawem poszerzyć ofertę. W 1993 r. zaczęła się przygoda z wędlinami. Pojawił się problem ze zdobyciem surowców, ponieważ firma nie miała własnej rzeźni, ale szybko się z tym uporała. Najpierw wzięła się do produkcji wędlin drobiowych.
— W połowie lat 90. miały świetny okres. Kilka lat powodzeniem cieszyły się czyste wędliny drobiowe, potem popularność zdobyły te z dodatkiem mięsa wieprzowego, bo dzięki temu zyskiwały bardziej charakterystyczny smak — mówi Anatol Borowik.
Czas na podsuszane
W 1998 r. firma produkowała wędliny wieprzowe, drobiowe i mieszane. Wtedy szefostwo zadecydowało o specjalizacji.
— Wymusza ją konkurencja. Małe zakłady, aby przetrwać, często muszą oferować szeroki zestaw towarów. Większy zakład może sobie pozwolić na mniejszy asortyment i handlowanie nim na większym rynku — opowiada Borowik.
Wyspecjalizowali się w wędlinach suchych i podsuszanych.
— Nie każdy potrafi je zrobić. Dlatego same bronią się na rynku. Tylko pozornie kosztują więcej, bo w tańszych płaci się za wodę — podkreśla Anatol Borowik.
Okres harcerski
Firma miała problem z pozyskaniem doświadczonych ludzi z branży, musiała też sama opracować technologie.
— Zaczynaliśmy od zera. Postawiliśmy suszarnię, opracowywaliśmy receptury, szkoliliśmy ludzi. To był bardzo trudny okres, niemal harcerski — wspomina Borowik.
Teraz Kabo ma kilka sztandarowych wyrobów, jak kiełbasa biebrzańska, starolitewski kindziuk czy bindyga — trudna do wysuszenia kiełbasa drobiowo-wieprzowa, bez odpowiednika w Polsce.
Wędliniarska linia Wisły
— To wyroby trudne technologicznie. Opracowanie takiego produktu, przygotowanie mięsa i jego przesuszenie trwa nawet pół roku. Jeśli konkurencja zechce pójść naszym śladem, to i tak spóźni się o sześć miesięcy — uśmiecha się Anatol Borowik.
Wyroby suche i podsuszane są przebojem.
— Kiedyś sezon na nie trwał wiosną i latem. Dziś większość wie, że jeśli już wydawać pieniądze, to na coś naprawdę dobrego — tłumaczy Borowik.
Zdaniem prezesa Kabo, w Polsce mamy do czynienia ze swoistą wędliniarską linią Wisły.
— Na wschód od niej większe wzięcie mają wędliny podsuszane, a na zachód większą popularnością cieszą się inne — typu salami. Z kolei na przykład w Bydgoszczy czy Toruniu jest popyt na podwędzaną pasztetową — dodaje Anatol Borowik.
Przyjaźni środowisku
W pierwszym zakładzie firma dziennie mogła produkować tylko pięć ton wyrobów. Nowy zakład kosztował ponad 5 mln zł i został otwarty w styczniu. Ma własny zbiornik retencyjny umożliwiający zbieranie ścieków deszczowych oraz specjalne dopalacze dymu praktycznie likwidujące emisję do atmosfery.
— Zależało nam na zakładzie jak najbardziej przyjaznym środowisku. Nie do przecenienia są także dużo większe możliwości produkcyjne — podkreśla Borowik.
Mając takie zaplecze, szefostwo planuje dalszą specjalizację. Do wędlin suchych dojdą wyroby surowo dojrzewające.
— Wiążemy się też z nowymi dystrybutorami, co pozwoli na wypromowanie marki na rynkach, na których nie jesteśmy jeszcze zbyt znani — wyjaśnia prezes Borowik.
Znajdą swoje miejsce
Szefostwo nie jest do końca zadowolone z wyników finansowych.
— W latach 1996-97 poszliśmy drogą bardziej bezpieczną i właśnie to miałbym sobie do zarzucenia. Inni inwestowali i szybciej zbierali owoce. Ale z drugiej strony, patrząc na całą historię firmy, trudno narzekać. Uważam, że jesteśmy dobrym graczem. Nie zarabiamy kokosów, bo w tej branży to niemożliwe, ale mamy jakościowe wyroby i niewysokie ceny. I nawet jeśli na rynku będą jakieś przesunięcia, to zawsze znajdziemy dla siebie dobre miejsce — kończy prezes Anatol Borowik.



