Roman, ten od filmów

opublikowano: 24-10-2019, 22:00

Od wsi pod Lublinem po własne kino i światowe festiwale. Historia Romana Gutka, bez którego repertuary polskich kin wyglądałyby inaczej, sama nadaje się na film.

Najpierw rozmawiamy przez telefon. Gdy słyszy zwrot: „panie prezesie”, parska śmiechem i mówi, że właściwie to „panie nadprezesie”. Po prostu Roman, tak najlepiej się do niego zwracać, ten od filmów. Czy znajdzie czas na rozmowę? Znajdzie, oczywiście, choć nie jest łatwo, bo po powrocie z wakacji i dwóch festiwalowych wyjazdów w biurze czeka na niego sporo spraw. Biuro to nieduży pokój w siedzibie Stowarzyszenia Nowe Horyzonty na warszawskim Muranowie. Na podłodze leżą stosy czasopism, półki uginają się od książek o reżyserach i filmach ze wszystkich zakątków świata, a gdzieś wśród tych lektur zmieściło się jedyne w tym miejscu zdjęcie gospodarza. Zdjęcie z Krzysztofem Kieślowskim.

— Może najpierw coś puszczę — zaczyna.

No jasne, skoro jesteśmy u „tego od filmów”, to trzeba coś obejrzeć. Nie leci jednak żadne arcydzieło światowej kinematografii. Na telefonie — klip z meczu Ligi Mistrzów i komentarz Tomasza Smokowskiego, który mówi, że pierwsza połowa była jak wyjście do kina na komedię romantyczną — myślisz, że może będzie fajnie, ale już na wstępie widzisz logo Gutek Film i wiesz, że nie będzie rozrywkowo.

— To o czym porozmawiamy? — pyta Roman Gutek.

Konkretny gust

15 mln zł przychodów, 1,5 mln zł czystego zysku, zbliżony do 1,5 proc. udział dystrybuowanych filmów w kinowej widowni w Polsce — to roczny dorobek Gutek Film w suchych liczbach. Tyle że na ten biznes nie warto patrzeć z krótkiej perspektywy sprawozdań finansowych. Od początku chodziło o pokazywanie ludziom czegoś, czego nigdzie indziej nie mogliby zobaczyć.

— Robię to, co lubię, dzielę się z widzami bliskimi mi filmami i jest to ogromny przywilej. Dałem do nazwy firmy swoje nazwisko świadomie. Zajmuję się kinem od końca lat 70. DKF-y, Warszawski Festiwal Filmowy, mnóstwo różnych przeglądów i mniejszych festiwali. W 1994 r., w momencie powstania firmy, moje nazwisko kojarzone było z kinem autorskim, osobistym gustem i subiektywnymi filmowymi wyborami. Kiedy zacząłem prowadzić kino Muranów i kupować prawa do filmów, chciałem, żeby ludzie wiedzieli, kto jest tu gospodarzem i kto stoi za poszczególnymi wyborami — tłumaczy Roman Gutek.

A skąd wziął się ten gust? Z czego wynikają te wybory? By się tego dowiedzieć, trzeba przenieść się w czasie i przestrzeni do wsi Piotrków na południowy wschód od Lublina — takiej, jaka była w latach 60.

— Pierwsze rzeczy, które oglądałem, to bajki na przeźroczach. Do remizy przyjeżdżało raz czy dwa w tygodniu kino. Tam jako kilkulatek oglądałem filmy przygodowe, komedie, westerny. Jednym z moich ulubionych bohaterów był Winnetou, najpierw z książek Karola Maya, potem ten filmowy. Zbieraliśmy się też u sąsiadów, którzy mieli telewizor, na „Czterech pancernych” czy „Bonanzę”. Uwielbiałem także program przyrodniczy „Zwierzyniec” — wspomina przedsiębiorca.

Nauka wrażliwości

Poważniejsza edukacja filmowa zaczęła się u sąsiada ze wsi, świetnego stolarza — podczas pracy potrafił słuchać opery i rozmawiał z pszczołami, które hodował.

— Nie chcę tego mitologizować, ale to bez wątpienia człowiek, któremu dużo zawdzięczam i często o tym mówię. W czasie wojny trafił na roboty przymusowe do Niemiec, pod jej koniec — do obozu koncentracyjnego. Wrócił z traumą. Nie założył rodziny, był samotnikiem, na wsi uchodził trochę za dziwaka. Im gorzej o nim mówiono, tym bardziej chciałem się do niego zbliżyć. Zrobił mi narty, zimą piekliśmy w lesie kiełbasy w ognisku z gałęzi jałowca i ten zapach został ze mną do dzisiaj. Podrzucał mi książki, czytał moje wypracowania, uczył mnie wrażliwości i uważności w patrzeniu na świat — mówi Roman Gutek.

To u sąsiada jako kilkunastolatek oglądał Bergmana, Antonioniego czy Wajdę. — Może mało z tego wtedy rozumiałem, ale wrażenie zrobiło na mnie to, że kino może mówić o rzeczach ważnych, np. o kwestiach wiary i Boga, stawiać fundamentalne pytania, być nie tylko przygodą i rozrywką. To mnie wciągnęło, zacząłem szukać w kinie odpowiedzi i dotąd jej szukam — twierdzi Roman Gutek.

Marzenie o domu kultury

Nie samymi filmami młody chłopak spod Lublina żył. Czytał klasyków, słuchał „Mini- Maxu” Piotra Kaczkowskiego w Trójce i „Rezonansu” Jerzego Janiszewskiego w lubelskim radiu, nagrywał audycje na magnetofon szpulowy. W 1977 r. przeniósł się do Warszawy, by studiować zarządzanie. Zamieszkał w akademiku UW przy ulicy Kickiego, czyli „na Kicu”. Mieszkał tam 12 lat.

— Mam trochę naturę społecznika, choć nie wiem, czy to dobre słowo. Chciałem coś robić dla innych, tak pozytywistycznie, być też blisko kina. Po studiach, a możliwości wyboru w latach 80. zbyt dużo nie było, marzyło mi się bycie szefem domu kultury, ale koniecznie z kinem — wspomina Roman Gutek.

To na Kicu zobaczył ogłoszenie Dyskusyjnego Klubu Filmowego Ubab, w którego działalność się zaangażował. Dziś przyznaje ze śmiechem, że gdyby nie kino i DKF, ze studiów pewnie by szybko wyleciał. Na pierwszym roku poznał też swoją przyszłą — i obecną — żonę Alinę. We wrześniu 1980 r. trafił do Częstochowy na zjazd DKF-ów, gdzie prof. Aleksander Jackiewicz, krytyk i teoretyk kina, ogłosił, że otwiera doktoranckie studia z antropologii filmu w Instytucie Sztuki PAN. Przyjął Romana Gutka jako wolnego słuchacza.

— Były dwa kina w okolicy akademika: Sokół na Paca i 1 Maja na Podskarbińskiej. Wynajmowaliśmy je na potrzeby DKF-u. Pokazy robiliśmy co tydzień, czasami częściej, filmy braliśmy głównie z ambasad i instytutów kultury. Po pokazach godzinami gadało się o filmach — mówi Roman Gutek.

Pierwszy festiwal

W 1984 r. po raz pierwszy wyjechał na zachód Europy, na festiwal filmowy w Monachium. Tam zobaczył ludzi biegających między kinami na niszowe filmy z całego świata. Uznał, że na mniejszą skalę może to zrobić w Polsce. Był już wówczas szefem DKF Hybrydy. Rok później właśnie w Hybrydach zorganizował Warszawski Festiwal Filmowy — pierwszy w Polsce festiwal filmowy organizowany poza oficjalnymi strukturami kinematografii.

— Miałem już spore doświadczenie, robiłem duże przeglądy m.in. kina niemieckiego, kina greckiego czy hiszpańskiego. Wówczas głód filmów w Polsce był ogromny, było ich mało, kilkanaście zachodnich premier w roku. W programie pierwszej edycji było 30 nieznanych w Polsce filmów. Należy pamiętać, że wówczas trzeba było mieć zgodę cenzury na każdy pokaz filmu i wydrukowanie programu festiwalu, państwo miało monopol na sprowadzanie filmów, a słowo „sponsor” nie było chyba znane — opowiada Roman Gutek.

Dyrektorem festiwalu był przez siedem lat. Gdy w 1987 r. w programie festiwalu pojawił się „Ptasiek”, trzeba było robić dodatkowe pokazy o 7 rano, bo tak duże było zainteresowanie.

— To był dla mnie świetny poligon doświadczalny, uczyłem się, jak równoważyć potencjał artystyczny filmów z ich potencjałem komercyjnym, bo przy organizacji pilnowaliśmy każdej złotówki — mówi przedsiębiorca.

Czas przełomu

Z samej kultury nie szło jednak wyżyć.

— Na początku lat 80. założyłem rodzinę. Dorabiałem w spółdzielni studenckiej. Zawsze dostawałem dobre zlecenia i dziwiłem się, czemu. Zagadka się rozwiązała, gdy pojechałem raz do zarządu głównego spółdzielni i zobaczyłem, że jej prezes też nazywa się Gutek. Zarabiałem myciem okien czy sprzątaniem budynków po budowie. Dało się to pogodzić i ze studiami, i z prowadzeniem DKF-u, i z rodziną. Później już pracowałem na etacie uniwersyteckim jako instruktor ds. kultury filmowej — mówi biznesmen.

Gdy PRL się kończył, Roman Gutek na kilka miesięcy zaangażował się w prowadzenie warszawskiego kina Iluzjon za procent od sprzedaży biletów, ale gdy wysokość zarobków zaczęła kłuć w oczy dyrekcję Filmoteki Polskiej, trzeba było poszukać innego zajęcia. Został jednym z założycieli Fundacji Sztuki Filmowej, a w niej dyrektorem ds. dystrybucji i kin. Fundacji przypadły w udziale prawa do części filmów po zlikwidowanej państwowej instytucji, mogła się też starać o dzierżawę kin.

— Wydzierżawiliśmy kina Muranów i Wars. Szczerze mówiąc, chciałem kino Bajka, bo tam była większa i bardziej nowoczesna sala, ale przypadło ono ITI — śmieje się Roman Gutek.

Wejście do gry

W fundacji przyszła pora na podejmowanie pierwszych naprawdę poważnych decyzji biznesowych.

— W 1990 r. zdecydowałem się kupić za kilkadziesiąt tysięcy dolarów prawa do dystrybucji „Tańczącego z wilkami”. To było jeszcze przed Oscarami. Trzygodzinny film, ryzyko było spore, a kwota dla mnie zawrotna. Opłaciło się jednak, a ja miałem pieniądze na kupno innych filmów i na to, by wyremontować kino Muranów, które weszło do prestiżowej sieci Europa Cinemas — mówi Roman Gutek.

Jedną w najfajniejszych przygód w fundacji była dla niego dystrybucja filmu „Europa, Europa” Agnieszki Holland, który okazał się wielkim hitem.

— Zrobiliśmy wtedy perfekcyjne wprowadzenie filmu na rynek, Agnieszka Holland udzieliła dziesiątków wywiadów, przekonaliśmy TVP, by kupiła dokument z realizacji filmu „Europa, Europa” i na żywo puściła dyskusję o nim z udziałem młodzieży, Agnieszki Holland oraz Solomona Perela — niemieckiego Żyda, który podczas II wojny światowej uniknął prześladowań nazistowskich, udając Aryjczyka, i który był pierwowzorem bohatera filmu — wspomina przedsiębiorca.

Potem był krótki epizod współpracy z amerykańską spółką IMP, od której wcześniej kupił dla fundacji kilka filmów, m.in. „Więcej czadu”. Zebrał w Polsce dużą widownię.

— Po sukcesie tego filmu IMP zaproponowało mi stworzenie polskiego oddziału, roztoczyli przede mną piękne wizje, miałem jeździć na festiwale, decydować. Zgodziłem się na to, rzeczywistość okazała się inna, więc z hukiem odszedłem od nich po dwóch miesiącach. Wtedy uznałem, że najlepiej robić wszystko samemu, i tak zapadła decyzja o założeniu Gutek Film — twierdzi Roman Gutek.

Na swoim

Z czasów organizacji Warszawskiego Festiwalu Filmowego oraz Fundacji Sztuki Filmowej pozostały kontakty z zagranicznymi agentami sprzedaży filmów. Pojawiły się inne firmy dystrybucyjne, ale one sprowadzały głównie filmy komercyjne. Część widzów potrzebowała ambitnego kina, o czym świadczyła ogromna frekwencja w kinie Muranów. Spółka powstała 12 października 1994 r., czyli równo 25 lat temu, a pierwszy film wprowadziła do dystrybucji w styczniu 1996 r. Od tego czasu w polskich kinach pojawiło się około 500 sygnowanych przez nią filmów.

— Zawsze marzyłem, by mieć swoje kino i pokazywać takie filmy, jakie lubię. I robić to nie tylko w Warszawie, ale też w innych miastach i miasteczkach, by tacy autorzy, jak Jarmusch, Greenaway czy Jarman mogli być tam oglądani. Zacząłem zarabiać i mogłem inwestować. Wprowadzamy 18-20 filmów rocznie — mówi szef Gutek Film.

Nowe horyzonty

Potrzeba ucieczki od rutyny i chęć tworzenia czegoś nowego sprawiły, że część zarobionych przez spółkę pieniędzy Roman Gutek przeznaczył w 2001 r. na organizację festiwalu filmowego w Sanoku. Celem była prezentacja kina „artystycznego, niekonwencjonalnego i bezkompromisowego”. Rok później festiwal przeniósł się do Cieszyna, a filmów i widzów szybko przybywało, więc i Cieszyn okazał się za mały, a przedsięwzięcie tak się rozrosło, że do organizacji festiwalu trzeba było stworzyć nową instytucję. W 2003 r. powstało Stowarzyszenie Nowe Horyzonty. W tym roku we Wrocławiu odbyła się już 19. edycja Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty. W jej trakcie, na wieczorze z okazji 25-lecia Gutek Film, Roman Gutek świetnie sprawdził się jako DJ.

— Wspierała mnie Konstancja Sawicka, odpowiedzialna w Gutek Film za promocję. Wybrałem klasykę, puściłem „Children of the Revolution” T. Rexu, Republikę i Maanam, o trzeciej nad ranem tysiąc osób świetnie się bawiło, było czuć wspólnotę i dobrą energię, jakiej dawno nie widziałem — opowiada Roman Gutek.

Czy „tego człowieka od filmów” nie kusiło nigdy, by nie tylko pokazywać filmy, ale też zaangażować się w ich tworzenie?

— Nie, nigdy nie kusiło. Robię to, co lubię, jestem człowiekiem spełnionym i osobiście, i zawodowo. Mam szczęście do ludzi: i w Gutek Film, i w stowarzyszeniu. Może nie wszystkie z 500 filmów, które Gutek Film wprowadził na polski rynek, lubię tak samo, ale pod zdecydowaną większością tych wyborów się podpisuję. I wybieranie filmów wciąż jest dla mnie frajdą. Proszę pamiętać, że decyzje o zakupie filmów bardzo często musimy podejmować na etapie scenariusza, są więc obarczone ryzykiem — mówi Roman Gutek.

Wyzwanie na przyszłość

Dziś szef Gutek Film w biurze swojej spółki nie pojawia się często. Za bieżącą działalność operacyjną odpowiadają, pracujący od ponad 20 lat, członkowie zarządu i udziałowcy — Beata Machała i Jakub Duszyński. Roman Gutek dużo czasu poświęca organizującemu festiwal Nowe Horyzonty stowarzyszeniu, które jest operatorem dużego kina Nowe Horyzonty we Wrocławiu, organizuje też American Film Festival we Wrocławiu, ma duży dział edukacyjny oraz dystrybucję filmów. Przedsiębiorca ma udziały w spółce brata prowadzącej kino Bajka w Lublinie, a także w spółce producenckiej, której twórcom pomagał w nawiązywaniu kontaktów w świecie filmowym. Wspiera też projekty dzieci, m.in. festiwal Films for Food, za którym stoi jego syn Jakub. Dodatkowo pomaga w organizacji i programowaniu festiwalu sztuki Podlasie SlowFest w Supraślu. Na emeryturę się nie wybiera.

— Dwa lata temu zbudowaliśmy w kinie Muranów dwie mniejsze sale, pracujemy nad piątą. W Warszawie, i przede wszystkim w innych większych miastach, brakuje bardzo dobrze wyposażonych, wyświetlających ambitniejszy repertuar sal kinowych. Pojawił się pomysł, by we współpracy z dużym deweloperem zbudować w większych miastach sieć kin, w których widzowie dostawaliby coś innego niż w multipleksach — zaczynając od wystroju przez gastronomię po to, co jest najważniejsze, czyli repertuar. Ta nisza wcale nie jest mała, a biznes może być opłacalny. Teraz szukam inwestorów — kończy Roman Gutek.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy