Czytasz dzięki

Ropy po 100 USD jeszcze długo nie będzie

Napięcia geopolityczne i zakłócenia dostaw z Bliskiego Wschodu nie wystarczą do trwałego podbicia cen ropy, oceniają specjaliści

Ledwie dwa tygodnie minęły od zamachu na irańskiego generała Kasema Sulejmaniego, a rynek ropy znów wstrzymał oddech za sprawą wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Dowodzący siłami rebelianckimi w Libii Chalifa Haftar, który w ubiegłym tygodniu nie zgodził się na podpisanie z rządem w Trypolisie zawieszenia broni, zablokował w sobotę dostawy ropy z kontrolowanych przez siebie portów. W ten sposób odciął rządowi główne źródło finansowania (także wydatków na wojsko) i sprawił, że pod znakiem zapytania stanęły związane z niedzielnym szczytem w Berlinie nadzieje na zakończenie 5-letniej wojny domowej.

Według szacunków z poniedziałku 20 stycznia krajowy eksport zmniejszył się o ponad 60 proc., a produkcja należącej do kartelu OPEC Libii spadła najniżej od 2011 r. Według państwowego monopolisty naftowego NOC kiedy zbiorniki na surowiec zapełnią się, produkcja spadnie do zaledwie 72 tys. baryłek dziennie.

Choć w ostatnim czasie na globalny rynek trafia dziennie o 800 tys. baryłek ropy mniej, to w przeciwieństwie do kryzysu amerykańsko-irańskiego tym razem reakcja inwestorów była wyjątkowo wyważona. Wprawdzie w poniedziałek ceny odmiany brent chwilowo znalazły się najwyżej od tygodnia, jednak już po południu ustabilizowały się w okolicach 65,40 USD, czyli zaledwie o 0,8 proc. powyżej pułapów z piątku.

— Mamy do czynienia z zakłóceniami natury politycznej. Jeśli zapadnie rozwiązanie polityczne, sytuacja powinna się szybko unormować — komentował w rozmowie z agencją Bloomberg Edward Bell, szef analiz rynków surowcowych w dubajskim banku Emirates NBD PJSC.

Z dużej chmury…

Choć Libia leży na największych w Afryce rezerwach ropy, to jej udział w globalnych dostawach surowca jest nieporównanie mniejszy niż chociażby Arabii Saudyjskiej. Do tego, w przeciwieństwie do wrześniowych zamachów na instalacje Saudi Aramco, sytuacja nie zagraża rozlaniem się poza kraj, zauważa Edward Bell.

Już wystrzały cen z poprzednich miesięcy pokazywały, że z dużej chmury może spaść mały deszcz. Wydobycie zaatakowanych we wrześniu saudyjskich instalacji naftowych wróciło do normy w ciągu kilkunastu dni, a w odpowiedzi na zamach na Kasema Sulejmaniego Iran poprzestał na ostrzelaniu baz USA (w akcji nie było ofiar, więc Teheran zachował twarz, ale otworzyła się droga do deeskalacji — Waszyngton odpowiedział jedynie zaostrzeniem sankcji).

Systematycznie powracające napięcia geopolityczne to za mało, by wywindować ceny ropy, bo wzrostowi nie sprzyjają rynkowe fundamenty, ocenia Mateusz Namysł, analityk mBanku.

— W 2020 r. prawdopodobnie nadal będziemy mieli do czynienia z nadwyżką podaży. Choć OPEC ogranicza produkcję, to w tym samym czasie wydobycie surowca zwiększają inne kraje, zwłaszcza USA. Wzrost gospodarczy na świecie powinien nieznacznie przyspieszyć w porównaniu z 2019 r., co sprzyja zwiększeniu popytu, jednak i tak to dynamika podaży będzie zapewne wyższa — zauważa specjalista.

Nietrwałe zwyżki

Perspektywy cen ropy w mało optymistycznych barwach postrzegają także progności większości instytucji globalnych.

Konsens prognoz zebranych przez agencję Bloombera zakłada zejście cen ropy brent na koniec roku do 60 USD za baryłkę i brak większych zmian przez kolejne lata (dopiero w 2023 r. notowania miałyby szanse lekko wzrosnąć, sięgając 67 USD). To oznaczałoby, że jeszcze przez wiele kwartałów wszelkie zwyżki cen ropy będą bardzo nietrwałe.

Zdaniem Olego Hansena z Saxo Banku po tym, jak groźba wojny między USA a Iranem oddaliła się, w najbliższych tygodniach ceny ropy brent powinny wahać się w przedziale 63-68 USD za baryłkę, jeśli tylko z Bliskiego Wschodu, a zwłaszcza z Libii nie napłyną informacje wskazujące na możliwość zakłócenia dostaw.

Z jednej strony wstępne porozumienie handlowe między USA a Chinami oraz perspektywa dalszego łagodzenia napięć handlowych powinny wspierać popyt na surowce związane z cyklem koniunkturalnym, w tym ropę. Z drugiej ostatnie dane pokazały znaczący wzrost zapasów ropy w USA, co wprawdzie mogło w większej części wynikać z czynników sezonowych, jednak i tak wzmogło obawy o kondycję popytu, zauważa Ole Hansen.

— Ostatnio opublikowane miesięczne raporty trzech najważniejszych instytucji monitorujących rynek [EIA, IEA oraz OPEC — red.] zgodnie wskazują, że głównym problemem OPEC jest wzrost produkcji krajów spoza kartelu, co zmusza go do ograniczania własnego wydobycia. Według OPEC oraz IEA globalny popyt na ropę wzrośnie w tym roku o 1,2 proc., co będzie oznaczało utrzymanie nadpodaży, zwłaszcza w pierwszej połowie roku — uważa szef strategii rynków surowcowych Saxo Banku.

Lista argumentów

Tymczasem według norweskiego ośrodka Rystad Energy nadzieje na zauważalne zwyżki cen ropy w 2020 r. — nawet mimo cięć wydobycia przez OPEC i napięć geopolitycznych — pogrzebią ostatnie odkrycia złóż.

W ubiegłym roku odkryto największe konwencjonalne złoża ropy od 2015 r., wynika z szacunków podanych w styczniowym raporcie ośrodka. Łączna kubatura nieznanych dotąd rezerw to 12 mld baryłek, a 26 z nich mieściło ponad 100 mln baryłek każde (największe to te u wybrzeży Afryki, w Gujanie i w pobliżu miasta Cypress w Teksasie).

Argumentem przeciwko droższej ropie zdaniem Rystad Energy jest także spadek kosztów wydobycia w ostatnich latach, pozwalający producentom zachować rentowność nawet przy niskich cenach ropy. Zdaniem ośrodka nadpodaż tylko chwilowo mógłby usunąć spadek produkcji łupkowej w USA i zaostrzenie sankcji wobec Iranu lub Wenezueli (alternatywnie podbić ceny mogłaby blokada ważnej trasy przesyłu ropy lub ożywienie popytu dzięki porozumieniu handlowemu).

O tym, że ropa nie powinna istotnie drożeć, jeśli tylko nic nieprzewidzianego się nie zdarzy, mówił w rozmowie z telewizją Bloomberg Fatih Birol, szef agencji IEA. Zapobieżenie wzrostowi cen ropy jest według niego w interesie samych producentów, bo globalna gospodarka dzisiaj nie poradziłaby sobie, gdyby notowania wróciły w okolice 100 USD za baryłkę.

— Będące jednym z motorów globalnego wzrostu Chiny rozwijają się w najwolniejszym tempie od co najmniej 30 lat. To m.in. dlatego globalny popyt na ropę tak osłabł, a do tego jego odbicie w Chinach wydaje się mało prawdopodobne — twierdzi Fatih Birol.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu