Rosną stopy, zaczyna się taniec na linie

Ignacy Morawski
opublikowano: 2021-09-30 20:00

Wzrost rentowności obligacji to dobry sygnał, ale też źródło ryzyka.

Wychodzenie z kryzysu jest dla zdecydowanej większości ludzi przyjemniejsze niż wpadanie w niego. Jest jednak wyjątek – ludzie odpowiedzialni za politykę gospodarczą. Gdy kryzys się zaczął, wszystko było w miarę oczywiste, trzeba było maksymalnie pompować pieniądze do systemu gospodarczego. Teraz wszystko jest trudniejsze, bo polityka makroekonomiczna zaczyna przypominać chodzenie po linie. Mały błąd w jedną lub drugą stronę może skończyć się nieprzyjemnie.

W ostatnich dniach doszło na świecie do wyraźnego wzrostu rynkowych stóp procentowych, w tym głównie 10-letnich obligacji skarbowych. Ich rentowność w Polsce jest już bardzo blisko poziomu z połowy lutego 2020 r. W ciągu zaledwie pięciu dni wzrosła o 0,15 pkt proc., a w ciągu miesiąca o niemal 0,4 pkt proc.

Jeszcze ważniejszy może być wzrost rentowności amerykańskich obligacji. Nie są wprawdzie jeszcze na bardzo wysokim poziomie w porównaniu z okresem sprzed pandemii, ale szybko nadrabiają. Ten wzrost prowadzi zaś do wycofywania kapitału z rynków wschodzących. Wyższe stopy w dolarach i droższy dolar zawsze są dla tego typu rynków złą informacją.

Skąd się wziął wzrost stóp? Jest kilka powodów. Po pierwsze, inflacja na świecie jest wyższa od oczekiwań. Po drugie, gwałtowny wzrost cen energii zwiększa prawdopodobieństwo, że inflacja będzie jeszcze wyższa. Nawet jeżeli banki centralne tego typu zaburzenia podażowe powinny ignorować (interesować je powinien wyłącznie wzrost inflacji generowany popytem), to niektóre mogą się obawiać, że wysoka inflacja się utrzyma. Po trzecie, amerykański bank centralny – Fed – szykuje się do wycofywania programu skupu obligacji, czyli początku długiego procesu zacieśnienia polityki pieniężnej. Po czwarte, światowa gospodarka radzi sobie z pandemią wirusa delta nieco lepiej od oczekiwań. Wszystko to składa się na wzrost rynkowych stóp procentowych.

Ten wzrost to zjawisko trochę dobre, a trochę złe. Dobre, bo oznacza, że powszechnie oczekuje się powrotu normalności. Złe, bo wzrost stóp może potencjalnie być samodestrukcyjny – jeżeli wzrosną one za bardzo, to gospodarka światowa straci impet.

Tutaj zaczyna się taniec na linie.

Pewien wzrost stóp procentowych jest nieunikniony i należy nań pozwolić, ponieważ normalność gospodarcza wraca i podtrzymywanie gospodarki na respiratorze traci sens. O ile podwyższona inflacja jest potrzebna, bo pozwoli obniżyć bez wielkiego bólu garb długów pokryzysowych, o tyle jej całkowite ignorowanie byłoby błędem. Stabilność inflacji ma ogrom zalet.

Z drugiej jednak strony nadmierne przyduszenie ożywienia może być bardzo kosztowne. Jakaś część obecnie obserwowanej inflacji jest ożywcza jak deszcz po suszy. Wzrost cen daje firmom sygnał: inwestujcie. Świat ma szansę, by wyjść ze stagnacji obserwowanej po kryzysie finansowym (dotyczy to głównie krajów rozwiniętych, bo nasz region radził sobie akurat nieźle) i wejść na nową ścieżkę wzrostu.

Znalezienie ścieżki pośredniej między skrajnościami będzie bardzo trudne. Kilka ruchów za mało, a możemy wylądować z trwale podwyższoną inflacją, którą trudno będzie później przywrócić na niższe poziomy. Kilka kroków za dużo, a możemy wylądować znów w stagnacji.